and i’m too sexy for your party

Jestem bombastick.
Jestem nastick.
Jestem fantastic.
Jestem sam plastik.
Wyrywam chwasty, to znaczy laski.

Przystojny jestem i trudno mi z tym, bo
niespokojny mam życia rytm.
Każda dziewczyna chce poznać mnie, a przecież za
krótka noc na to i za krótki dzień.

Widzisz kochanie – tak to już jest.
Mam taką manię, by kochać się,
Każda dziewczyna miłosci chce, a przecież za
krótka noc na to i za krótki dzień.

Uśmiech mam – to po mamie masz.
Nogi, wzrok – to po mamie masz.
Zębów błysk – to po mamie masz.
Piękny krok – a to po mnie masz…


świętujemy!

równo 10 lat temu, w jednej z podwarszawskich miejscowości, na świat przyszła mała kulka o lekko krótkich łapkach i wydłużonym ciałku.
przez dobry miesiąc spoglądała na mnie TYM wzrokiem ze zdjęcia zamieszczonego w ogłoszeniu, które mijałam kilka razy dziennie…
i w końcu stało się, mój wyczekany, wybłagany, upragniony pierwszy pies…WYMARZONY!
10 lat – dużo czasu, długa droga pokonana ‘ramię w łapę’… nie wyobrażam sobie teraz, by mogło być inaczej.

Najukochańszy, Najwspanialszy Dziamocie Tego Świata
, choć to Twoje święto, życzę sobie przynajmniej kolejnych 10 lat spędzonych razem… życzę Tobie, by było to przynajmniej 10 lat zdrowia, szczęścia, ciepła, wszystkiego co najlepsze, bo na to zasługujesz… i mam cichą nadzieję, że jest Ci dobrze ze mną przynajmniej tak, jak mi z Tobą…


zdjęcie, o którym marzyłam…

absolutnym atutem mojego psa jest jego ruch.
od baaaardzo długiego czasu marzyłam o ładnym zdjęciu w dokładnie TEJ! fazie kłusu. jednej były nieostre, inne rozmazane… a wystarczyło zaprosić Paulę…;)


kolorki na jęzorki – jeden barwi, drugi…sorki.

czyli biorę na warsztat temat, który mnie ostatnio nurtuje, ba frustruje – kolory u border collie.

bc jak każda rasa uznawana przez FCI mają swój wzorzec http://www.border.wortale.net/art.php?art=11 z założenia ma to być opis idealnego przedstawiciela, na którym swoja wizję opierają sędziowie, hodowcy, miłośnicy… akurat standard tej konkretnej rasy pozostawia im spore pole do popisu, gdyż większość cech jest mało doprecyzowana np średnia wielkość, stosunek X do Z równy mniej-więcej(…)itp

zanim jeszcze bc zaczęły być ‘modne’ często na forach internetowych pojawiały się dyskusje working vs show w których zazwyczaj padał argument ‘hodowanie na wygląd jest złe’ – nie chcę teraz zagłębiać się w ten konkretny wątek, przypomnę tylko, że do psiej pracy, poza zdrowiem, potrzebne są dobre popędy i poprawna anatomia (proste łapki, dobre kątowanie, pojemna klatka piersiowa itp…) zakładając więc, że pies wystawowy=pies wzorcowy możemy przyjąć, że wzorcowy=dobrze zbudowany i jeśli tylko jego popędy są przyzwoite, burek zdrowy, śmiało możemy podbijać nie tylko wystawy ale i ringi sportowe. upraszczając.
idąc dalej tym tropem posunę się do stwierdzenia, że wzorzec border collie określając budowę psa oraz jego temperament nie pozwala na hodowanie psów nie przydatnych do pracy (celowo nie definiuję jej).
cofnijmy się więc o 3-4 lata… chcemy bordera mamy 20 hodowli jedne zwracają większą uwagę na osiągnięcia na wystawach, inne na osiągnięcia na zawodach, co kto lubi.
aktualnie mamy rok 2011, hodowli blisko 60. dziwnym trafem w znacznej ich większości kolorowe szczenięta. osiągnięcia na wystawach? brak. osiągnięcia w sporcie? brak. po co to komu, skoro można napisać, że pies jest świetny we wszystkim poza tym, zobaczcie jakie śliczniutkie czekooooooo! (jeśli ktoś czuje się urażony, może wykreślić czeko i zastąpić je merle/tri/sable/zielonym w paski).
napiszę partyjnie…;) psioczyliśmy na ‘showy’, ale one mają odpowiednią budowę, psioczyliśmy na ‘patyczaki’ ale one coś robią, a teraz mamy kolor i…? no własnie, i co?
często słyszę/czytam, że ‘kolor jest fajnym dodatkiem’, tylko, że zupa z dodatkiem pieprzu oznacza szczyptę tej przyprawy a nie 90% dania! nie wierzę, że nagle okazało się, że wszytskie wybitne w sensie hodowlanym psy niosą wymarzone kolorki i liczy się przede wszytskim potencjał (taki czy inny) bo wspomniane 4 lata temu też liczył się potencjał i dziwnym trafem umaszczenie b&w posiadało 80% maluchów.
teraz mamy jednodniowych mistrzów agility/frisbee/pasienia z pięknie wybarwionym tri, intensywną czekoladą, unikalnym merle… wiecie dlaczego to działa? dlaczego te psy w przyszłości pobiegną za frisbee? będą skakać przez hopki? zaskoczą przy owcach? bo, moi miłośnicy koloru, trafiliście na odpowiedni grunt. ostatnie kilka lat idiotycznej mody nie jest w stanie na razie zniszczyć tego, co od kilkudziesięciu lat zawdzięczamy miłośnikom tej rasy. tym, którzy pokochali ją za uniwersalności, oddanie człowiekowi, chęć współpracy i którzy starannie pielęgnowali te cechy. pytanie tylko jak długo one przetrwają przy obecnej tendencji…

jeśli już, drogi czytelniku, dobrnąłeś do tego miejsca, to wiedz, że nie twierdzę, że kolor w rasie jest czymś złym, bo tak jak już napisałam ‘co kto lubi’, ale mierzi mnie, że w rasie z takim potencjałem zaczął on grac pierwsze i nierzadko jedyne skrzypce… z polskiego na nasze przekładając, chcesz mieć zdrowego, fajnego merlaczka? super! trzymam kciuki! chcesz mieć merlaczka? kup zdjęcie i powieś na ścianie…

tak, masz rację, ten tekst generalizuje, uogólnia, upraszcza. nie bez powodu wylądował w kategorii subiektywnie. nie chciałam pisac poematu z uwzględnieniem wszystkich możliwych wyjątków. odnosiłam się głównie do sytacji rasy w Polsce, choć ta tendencja ma zdecydowanie szerszy zasięg.
wylałam swoje żale na e-papier i pozostaje mi mieć nadzieję, że dzięki temu, u kogo ‘coś’ się poruszy. jeśli nie, dobra moja, za jakiś czas, wybierając szczeniaka, nie będę miała problemu jeśli najlepszy w miocie okaże się samcem b&w :D


skręcanie bez wpadania w poślizg…

null


nowe miejsce

no i przeprowadziliśmy się – burki już nie mogą o sobie mówić ‘ze wsi warszawa’ :)
zamieszanie, pakowanie, ale co ja tam będę…

dobrze, że w tym wszystkim, można znaleźć odskocznie…;)

null


na koniec, krótka historia…

dawno, dawno temu, kiedy Zelówka była jeszcze zielonym szczypiorkiem… weszłysmy pewnego dnia do sklepu zoologicznego i zobaczyłyśmy pomarańczowy, lateksowy naleśnik. bardziej prędzej niż później trafiła się doskonała okazja, aby owy naleśnik zakupić. przy pierwszych testach nowej zabawki okazało się, że ‘to-to’ trochę lata, a jamnik korzystając z przykładu, również próbuje wzbić się w powietrze. nastały piękne dni i chodziłysmy na pola mokotowskie by uskutecznić podniebne ewolucje. gumowate kółko co prawda latało jak chciało, ale kto by się tym przejmował… zelówka zadowolona, ja zadowolona, ludzie-przechodnie również…żyć nie umierać.
po pewnym czasie, wśród psiarzy-znajomych było już wiadomo, że długie stworzonko z powołania jest lotnikiem i tak, po pewnym czasie, dostałyśmy piękne ‘prawdziwe’ psie frisbee prosto z hameryki… rzucało sie trochę trudniej, ale Zelówka w dalszym ciągu pięknie wyławiała zabawkę z powietrza, co działo się przy lądowaniu, pozwolę sobie przemilczeć…
razem z moim długim mistrzem-wymiataczem zawsze ‘coś robiłyśmy’, na początku było to zgoła inne cos niż teraz, ale… jakoś tak się śmiesznie złozyło, że na jednym z seminariów, na które w tamtym czasie uczęszczałam, poznałam Anię od Jaspera, która w przerwie wyciągnęła mnie na spacer z psami i mogłam wtedy podziwiać jej bordera, który bezbłednie łapał frisbee. podpatrzyłam troszkę jak rzuca, podpatrzyłam, że pies najpierw ją obiega i przez następny, dość długi czas uczyłam siebie i Zelówkę nowych technik ;)
mniej więcej rok później miało miejsce drugie seminarium, na którym z kolei spotkałam Marysię od Wilka i od niej podkradłam wiedzę o rzucaniu rollerów i overach :) równiez i tym razem, metodą prób i błedów, próbowałyśmy z Lady Z przełożyc teorię na praktykę. szło powoli i niby do przodu, ale bardzo, bardzo opornie.
kolejnym etapem była wystawa międzynarodowa, na którą udałam się w roli widza by chłonąć kynologię na ile to tylko możliwe. rozgrywały się wtedy na miejscu zawody agility, które wywarły na mnie ogromne wrażenie. po powrocie do domu postanowiłam poszukać więcej informacji na ten temat i w ten oto sposób trafiłam na forum, na którym wypowiadały się osoby biorące w nich udział. później poszło z górki, zaczęłyśmy skakać przez hopki w warszawskim Cavano i w wyniku ‘koligacji rodzinnych’ wpadłam w dogfrisbee ;)) uczyć się było cieżko, bo jak zawsze na początku ma się wrażenie, że trochę się już umie, a później okazuje się, że umie się tyle, co nic. dni upływały pod znakiem zakwasów w rękach, frustracji bo ‘próbuję, a nie wychodzi’ i tym podobnych.
nastał wrzesień, 2006 rok. w parku w Powsinie rozgrywały się wtedy pierwsze ‘poważne’ zawody. pamiętam z nich niewiele, bo emocje, które wywołały przesłoniły mi wszystko… pamiętam świetny jak na tamte czasy występ Michała z Vivą, 22,5pkt Bartka z Tymonem, triumf Uli z Asti i… pamiętam, że mi się podobało! żałowałam strasznie, że nie zgłosiłam się z Zelówką, ale od czego jest nowy sezon?
konsekwentnie prowadzone przez Łukasza treningi przynosiły coraz lepsze efekty, dyski zaczęły powoli latać ‘po mojemu’, Zi opanowała mnóstwo nowych ewolucji, świat frizbowy stanął przed nami otworem…
nasz pierwszy start był w warszawie, w 2007 roku, bez zbytnich sukcesów, ale za to mina ludzi, którzy przed chwilą mówili ‘no fajny kundelek, fajny, ale co ty tutaj robisz?’ po zobaczeniu naszego występu była bezcenna…;) moja fascynacja tym sportem rozkwitła na dobre, a kolejny rok to kolejne treningi, nowe umiejętności, dalsze zawody i hmmm miło to pisać, pierwsze sukcesy.
posiadając zdecydowanie większą wiedzę na temat frisbee z psem, miałam świadomość, że mój czterołapny zawodnik to absolutna perełka. z Zelówką nie było w zasadzie rzeczy niemożliwych. chwytała w lot nie tylko nowe umiejętności, ale nawet wysokie dyski…;) wybaczała tysiące błędów, pokazała jak wielkie i ambitne może być jamnicze serce. budziła zachwyt, wywoływała szczery uśmiech i podziw. moje życie, wzbogacone w nowe doświadczenia uległo dużej zmianie – światopoglądowo, sportowo i towarzysko.

mamy rok 2011, w miniony weekend odbywał się Finał DCDC. dla Zelówki to był ostatni, bo choć chęci sa wielkie, to ciałko już nie zawsze daje radę…
naszło mnie mnóstwo refleksji – trochę mokną oczy, trochę pewnych, niezrobionych rzeczy żal, inne za to wspominam z rozrzewnieniem…
nie potrafię opisać wdzięczności dla osób, dzięki którym mogła nas spotkać tak fantastyczna przygoda. bardzo dziękuję wszytskim, dzięki którym razem z Dziamotem okryłyśmy swoje sportowo-psie powołanie. dziękuję za jamniczy uśmiech, radość w oczach i nieprawdopodobnie mocną więź, która się wytworzyła między nami. cieszę się, że są ludzie, z którymi świat jest bardziej frisbee…;)

null


bordery i morze to idealne połączenie.

kocham może… słoneczko, plaża, woda, szum fal… aż chce się żyć…
kocham bordery… moje bordery…


rodzinne ciągoty..;)


sopot!

plaża.. morze… frisbee… czegóż chcieć więcej…? ;)

6-7.08 w Sopocie odbyły się ostatnie kwalifikacje do finału serii DCDC.
dotychczas zawody sąsiadowały z wystawą psów na hipodromie, lecz tym razem lokalizacja zmieniła się – zdecydowanie na lepsze! plażę od pola startowego dzielił jedynie dobry, longdistansowym rzut dyskiem!

pogoda wbrew prognozom dopisała – pierwszy dzień był idealny, delikatny wiaterek, słonko najczęściej przesłonięte delikatnymi chmurami- żyć nie umierać! drugi zaczął się równie doskonale i dopiero na początku top20 w super pro nastąpiło oberwanie chmury… niemniej toss&fetch został połączony z wyborami miss mokrego podkoszulka ;)

silna reprezentacja w postaci Bejruta, Zelówki, Zamsza i Kjusława spisała się doskonale! ale po kolei..

Rude, ze względu na przebłysk geniuszu w weekend poprzedzający zawody miało się wylaszczyć w openach. przebłysk ma jednak to do siebie, że jest mocno, zapierający dech w piersiach i… chwilowy… dla dobra ogóły i bezpieczeństwa rudości jej aktywności zostały ograniczone do super pro w którym co prawda pokazała freestyle…;) ale i tak uważam, że jest postęp. trybiki powoli zaczynają pracować co mnie bardzo cieszy, bo przy dobrej fazie ona potrafi fajne rzeczy.

Zelówka, jest mistrzem. kochany, wspaniały, starający się jamnik. ja jestem dupą wołową, która wymyśla układ na 4 minuty przed wejściem, ale… powoli zaczynam robić z tego habilitację więc jest coraz lepiej ;) ze względu na mała ilość bonsaiów kurdupelki startowały razem z resztą openowców. miałam bardzo mieszane uczucia co do dwóch rund, ale dziamot chyba wyczuł powagę sytuacji i czas między sobotą a niedzielą przeznaczył na silną regenerację, która zaprocentowała! regeneracja oczywiście nie obejmowała grilla ;)
wyfirstajlowany z głową fristajl nr dwa pozwolił nam pokazać fajnie wszytskie elementy – te bardziej absorbujące uskuteczniłysmy na początku, te mniej w części końcowej. uważam, że jak na nasze możliwości zaszczytne 12ste miejsce w takiej stawce to wielki sukces! szczególnie, że na toss&fetch rozwalony, zelówkowy zoom dał o sobie znać… mimo trzech niezłapanych rzutów uzyskałyśmy 9,5pkt i strach pomyśleć jakby się to wszytsko skończyło, przy 100% skuteczności…;)

Zamsz. wilgotne, morskie powietrze spowodowało, że Zamsz trochę spleśniał…;) i właśnie na karb tego zrzucam jej fazy frizbowe. wykonała bardzo dobrze najtrudniejsze elementy, a w prostych dała się ponieść fantazji. pozostaje mi mieć nadzieję, że to taka taktyka przed finałami na których pokaże się świetnie z każdej strony. tak czy inaczej wielki sukces na jej koncie: 3 miejsce w super open oraz 5 w super pro, dzięki którym uzyskała dwie kwalifikacje na finał krajowy. Zamsz, jeśli to czytasz… ta wzmianka o pokazaniu się dobrze dotyczyła fristajlu i NASZEGO super pro, Myszonowi ono do szczęścia nie potrzebne – pamiętaj, pańcia cię bardziej kocha…;)

Kjusław. jako następca Zelówki, tzn przynajmniej z założenia, ma wątpliwą przyjemność ponoszenia konsekwencji za moje nieogarnięcie… oczywiście później potrafi się odpłacić, ale… od początku. mentalny fristajl z Zelówką jest niczym w porównaniu do tego z Kujem. tym razem to ja łapię fazę Dżejka… co prawda doszło do pewnej ewolucji – już nie stoję na środku pola po 30 sek i nie zastanawiam się co dalej, tylko rzucam pałowato dziwne rzeczy, a później słyszę 30 sekund do końca i przelatuje mi przed oczami tuzin rzeczy, o których zapomniałam. ale to jeszcze nic! na freestyle’u mój pies najczęściej potrafi się obronić! w toss&fetch bywa już gorzej w wyniku czego pan Kuj zdobywa całe 11,5pkt! przy ogłoszeniu wyników po pierwszych rundach zazwyczaj błyszczę umiejętnościami matematycznymi z pierwszej klasy podstawówki, dodając do naszego wyniku ‘zgubione’ dziesięć punktów w t&f, sprawdzam jeszcze raz klasyfikację i jedyne co mi zostaje, to udać się do namiotu po różową żyletkę… tak czy inaczej wywalczyliśmy kwalifikację do finału krajowego w open (7 miejsce) podskakując do drugim free o 2 oczka :)
przewidując danie ciała na całej linii oddałam Q do super pro Maćkowi, w efekcie Karton zapierdzielał na 4 linię z nim i z Szymkiem. w pierwszej rundzie z Mackiem wyłapał dyski na 20,5pkt, z Szymkiem na 21,5. w drugiej, za moje grzechy postanowił zemścić się na Maćku, czy jak kto woli, udawać DżejDżeja i złapał 3 dyski (13pkt)… start z Szymonem potraktował chyba bardziej ambicjonalnie wykonując w sumie swoja życiówkę 22 pkt dzięki czemu zdobył zaszczytne 3 miejsce :) i kwalifikację ;>

zapomnniałabym o ostatnim ogniwie naszego dream teamu – Bessi. Besiak jest psem wymarzonym do frisbee, bo zrobi za nie wszytsko i złapie je za wszelką cenę. do sukcesu zabrakło nam mojej wiary w siebie, tak czy inaczej jestem zadowolona – zajęłyśmy 12 miejsce (18,5 i 17,5).

ze względu na lokalizację, atmosferę i przebieg całości były to świetne zawody! teraz jeszcze tylko 3 tygodnie i finały. kolejna okazja do tego, bym dała ciała, chociaż… obiecałam sobie, że spróbuję nie rzucać asekuracyjnie, bo w sumie nic nie bedę mieć do stracenia :)

na finałach wystąpimy w składzie:

open – Agnieszka&Q, Szymon&Zamsz
super pro: Agnieszka&Zamsz, Szymon& Zamsz, Szymon&Q

kciuki sa absolutnie niezbędne!


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.