na koniec, krótka historia…

dawno, dawno temu, kiedy Zelówka była jeszcze zielonym szczypiorkiem… weszłysmy pewnego dnia do sklepu zoologicznego i zobaczyłyśmy pomarańczowy, lateksowy naleśnik. bardziej prędzej niż później trafiła się doskonała okazja, aby owy naleśnik zakupić. przy pierwszych testach nowej zabawki okazało się, że ‚to-to’ trochę lata, a jamnik korzystając z przykładu, również próbuje wzbić się w powietrze. nastały piękne dni i chodziłysmy na pola mokotowskie by uskutecznić podniebne ewolucje. gumowate kółko co prawda latało jak chciało, ale kto by się tym przejmował… zelówka zadowolona, ja zadowolona, ludzie-przechodnie również…żyć nie umierać.
po pewnym czasie, wśród psiarzy-znajomych było już wiadomo, że długie stworzonko z powołania jest lotnikiem i tak, po pewnym czasie, dostałyśmy piękne ‚prawdziwe’ psie frisbee prosto z hameryki… rzucało sie trochę trudniej, ale Zelówka w dalszym ciągu pięknie wyławiała zabawkę z powietrza, co działo się przy lądowaniu, pozwolę sobie przemilczeć…
razem z moim długim mistrzem-wymiataczem zawsze ‚coś robiłyśmy’, na początku było to zgoła inne cos niż teraz, ale… jakoś tak się śmiesznie złozyło, że na jednym z seminariów, na które w tamtym czasie uczęszczałam, poznałam Anię od Jaspera, która w przerwie wyciągnęła mnie na spacer z psami i mogłam wtedy podziwiać jej bordera, który bezbłednie łapał frisbee. podpatrzyłam troszkę jak rzuca, podpatrzyłam, że pies najpierw ją obiega i przez następny, dość długi czas uczyłam siebie i Zelówkę nowych technik ;)
mniej więcej rok później miało miejsce drugie seminarium, na którym z kolei spotkałam Marysię od Wilka i od niej podkradłam wiedzę o rzucaniu rollerów i overach :) równiez i tym razem, metodą prób i błedów, próbowałyśmy z Lady Z przełożyc teorię na praktykę. szło powoli i niby do przodu, ale bardzo, bardzo opornie.
kolejnym etapem była wystawa międzynarodowa, na którą udałam się w roli widza by chłonąć kynologię na ile to tylko możliwe. rozgrywały się wtedy na miejscu zawody agility, które wywarły na mnie ogromne wrażenie. po powrocie do domu postanowiłam poszukać więcej informacji na ten temat i w ten oto sposób trafiłam na forum, na którym wypowiadały się osoby biorące w nich udział. później poszło z górki, zaczęłyśmy skakać przez hopki w warszawskim Cavano i w wyniku ‚koligacji rodzinnych’ wpadłam w dogfrisbee ;)) uczyć się było cieżko, bo jak zawsze na początku ma się wrażenie, że trochę się już umie, a później okazuje się, że umie się tyle, co nic. dni upływały pod znakiem zakwasów w rękach, frustracji bo ‚próbuję, a nie wychodzi’ i tym podobnych.
nastał wrzesień, 2006 rok. w parku w Powsinie rozgrywały się wtedy pierwsze ‚poważne’ zawody. pamiętam z nich niewiele, bo emocje, które wywołały przesłoniły mi wszystko… pamiętam świetny jak na tamte czasy występ Michała z Vivą, 22,5pkt Bartka z Tymonem, triumf Uli z Asti i… pamiętam, że mi się podobało! żałowałam strasznie, że nie zgłosiłam się z Zelówką, ale od czego jest nowy sezon?
konsekwentnie prowadzone przez Łukasza treningi przynosiły coraz lepsze efekty, dyski zaczęły powoli latać ‚po mojemu’, Zi opanowała mnóstwo nowych ewolucji, świat frizbowy stanął przed nami otworem…
nasz pierwszy start był w warszawie, w 2007 roku, bez zbytnich sukcesów, ale za to mina ludzi, którzy przed chwilą mówili ‚no fajny kundelek, fajny, ale co ty tutaj robisz?’ po zobaczeniu naszego występu była bezcenna…;) moja fascynacja tym sportem rozkwitła na dobre, a kolejny rok to kolejne treningi, nowe umiejętności, dalsze zawody i hmmm miło to pisać, pierwsze sukcesy.
posiadając zdecydowanie większą wiedzę na temat frisbee z psem, miałam świadomość, że mój czterołapny zawodnik to absolutna perełka. z Zelówką nie było w zasadzie rzeczy niemożliwych. chwytała w lot nie tylko nowe umiejętności, ale nawet wysokie dyski…;) wybaczała tysiące błędów, pokazała jak wielkie i ambitne może być jamnicze serce. budziła zachwyt, wywoływała szczery uśmiech i podziw. moje życie, wzbogacone w nowe doświadczenia uległo dużej zmianie – światopoglądowo, sportowo i towarzysko.

mamy rok 2011, w miniony weekend odbywał się Finał DCDC. dla Zelówki to był ostatni, bo choć chęci sa wielkie, to ciałko już nie zawsze daje radę…
naszło mnie mnóstwo refleksji – trochę mokną oczy, trochę pewnych, niezrobionych rzeczy żal, inne za to wspominam z rozrzewnieniem…
nie potrafię opisać wdzięczności dla osób, dzięki którym mogła nas spotkać tak fantastyczna przygoda. bardzo dziękuję wszytskim, dzięki którym razem z Dziamotem okryłyśmy swoje sportowo-psie powołanie. dziękuję za jamniczy uśmiech, radość w oczach i nieprawdopodobnie mocną więź, która się wytworzyła między nami. cieszę się, że są ludzie, z którymi świat jest bardziej frisbee…;)

null

Advertisements

About agnieszkazq


2 responses to “na koniec, krótka historia…

  • Dagmara

    normalnie łza mi się w oku zakręciła! jesteście super, obie!!!!!!!!!!

  • Paula

    ahhh… Królowa może być tylko jedna!!!
    Ja pamiętam jak do Twych rąk wpadł mały Kjusław i rozmawialam z Marysią, że ta dziewczyna od Aksy ma małego borderka (ja wtedy byłam bardzo już zainteresowana borderowym światkiem) i powiedziałyśmy wtedy, że to Ty jesteś ta co robisz frisbee z takim kundelkiem i to nawet NAPRAWDE FAJNE frisbee :P
    No, a potem się stałaś Agnieszką od Q !
    Ale na zawsze należy zapamietać, że byłaś Agnieszką od Aksy!
    To jest taki sentyment do tego ‚pierwszego’ :-) Mój Bandzior też był mistrzem wszechświata, a ja byłam Paulą od Bandziora, a nie Paulą od Weny!
    Eh to były fascynujące czasy :))

    Ziiiiiiii żyj długo i szczęśliwie i miej siłę dziamotać :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: