Książe Ciemności vs Książe Hejtu

jeśli czytając tytuł liczyliście na materiały dotyczące walk psów to muszę Was rozczarować…

setny wpis na blogu to dobry argument do napisania małego porównania.
wspominałam już o tym, że mały Nai od małego Q różni się praktycznie wszystkim. tym razem wdam się trochę w szczegóły.

1. Pojawienie się w moim życiu.

od kiedy poznałam możliwości jakie dają wyższe levele bycia właścicielem psa (Zelówki) bardzo chciałam spróbować nowych skilli na szczeniaku. upłynęło od tego czasu kilka lat, jednak sama decyzja o wzięciu Q była dość spontaniczna, zarówno w kwestii wyrobu rasy jak i tego, konkretnego malucha. można powiedzieć, że los zadecydował bardziej niż ja :)

w przypadku Naia hmmm wszystko było jasne. rasa wiadoma, skojarzenie wybrane w trudach i mękach… ;) oczekiwanie na cieczkę, później na wynik pierwszego usg, poród – bezcenne!

2. Wybór szczeniaka.

w miocie Kjułiczka nie miałam wyboru. mimo to, mogłam z obcować ze wszystkimi szczeniaczkami, porównywać je, dzięki czemu wiem, że nawet mając taką możliwość, nie wybrałabym inaczej. Q był dokładnie tym, czego szukałam.

Wena urodziła 5 piesków. pierwsze zdjęcia i wielka miłość do szczeniaczka nr 3. nie wiem dlaczego. miałam możliwość wyboru. sprawdzałam, porównywałam i zdecydowałam się na tego, do którego silniej zabiło serce mimo poczucia, że nie jest ‚naj’… z jednej strony wiedziałam, że bardzo go chcę, z drugiej miałam tysiąc wątpliwości czy podołam.

3. Wygląd.

Q jest i był idealny. no dobra, mógłby mieć dłuższy ogon… ;)

w każdym razie, jak wyobrażam sobie wizualnie idealnego bordera, to jest on czarno-biały. klasycznie, symetrycznie umaszczony. białe przednie łapki, na tylnych skarpetki sięgające stawu skokowego. pełna kryza. biała kufa, strzałka niezbyt duża. ciemne, migdałowe oczy. pejsy po bokach ryjka. wysoko załamane uszy. brak kropek. proste, twarde, średnio-długie futro. średni wzrost, średnia ‚mocność’. bardzo dobre kątowania. proste łapy. pełna klatka piersiowa. długa szyja. wyraz ładny, ale nie przesłodzony.
tak właśnie zapowiadał się Kjułik.

a teraz spójrzcie na Naia… jest sobie to-to rude, krzywołapne. symetryczne to ma brrr jedynie podpalania. kropki na łapach nie dość, ze czarne to i rude. oczy może nie tak jasne, jakby mogły być, ale do ciemnych im daleko. mocniejszy niż słabszy. kąty mogłyby być lepsze. uszy jak naleśniki. szyja jak u pudziana. wyraz gamonia…;) za to ogon dłuuugi!



4. Zachowanie.

mały Kjułieczek – odważny, kreatywny, mający w nosie wszelkie rozproszenia, uwielbiający szarpanie. zachowywał się, jakby wszystko doskonale znał. pani na wózku, metro, włochaty pies, budowa nic nie robiło na nim wrażenia. był mega skoncentrowany na mnie. przywołanie, nauka czystości czy nowych rzeczy były banałem. nie czuł potrzeby zabawy z innymi psami, witania się z każdą osobą. gdy poznał kogoś i obdarzył sympatią to kochał bezwarunkowo. zatracał się w szarpaniu zabawką, ale nie potrafił jej przynieść – mimo wielkich chęci widać było, ze sam nie potrafi wymyślić podania jej do ręki. zabawa tylko ze mną, czymkolwiek. nie był miziastym szczeniaczkiem, był za to poważny. nieprawdopodobnie uwierała go obroża i szelki, a chodzenie na smyczy wymagało ode mnie dużo cierpliwości. dla Q nagroda była nagrodą, nawet jeśli towarzyszyły jej gromy emocji w tle.

mały Nai jest kompletnie niepoważny. kocha wszystkich i wszystko. pląsa wszędzie i ma sprężynkę w pupie. potrafi zdziwić się nowościami. na jednym z pierwszych spacerów wystraszył go ryk motoru, ale na szczęście ratunku szukał u mnie. przejmował się szczekaniem innych psów, choć szybko mu przeszło. na początku był trochę niezależny. widział wszystko, motylka, listki, fruwające mlecze, słupki od ogrodzenia i natychmiast musiał to obwąchać. wąchanie, oooo! świat zapachów jest dla niego wciągający. chodzenie na smyczy i załatwianie się na zewnątrz nie były dla niego najmniejszym wyzwaniem, choć potrzeby zrobienia siusiu już nie koniecznie sygnalizuje. każda napotkana istota musi być przywitana i w większości przypadków prezentuje glizdę. szarpanie, a i owszem, choć na początku bez większego bzika. niemniej, rzucony przedmiot musi być wzięty w pysk i stanowi dla niego dużą wartość. gdy tylko skojarzył, ze zabawka w moim ręku oznacza dalszy ciąg atrakcji, z wielką pasją przynosi wszystko, co tylko zaproponuję. lubi bawić się sam i z innymi psami. smycz, obroża, szelki, dzwoniący identyfikator? żaden problem! za to klej na uszach, wrrr. jest synusiem paniuni. uwielbia być blisko, jak się go głaszcze, kocha jak się do niego mówi czy nawet śpiewa. upał, nagrzane auto, nie ważne, pakuje się na kolana. nagroda w postaci smaczka czy zabawki jest świetna, ale moja radość z tego co zrobił, wbrew pozorom ma dużo większe znaczenie.

5. Żarłoczność.

Q za młodu nie odczuwał wybitnej potrzeby spożywania czegokolwiek. jadł tyle, ile musiał, ale wychodził z założenia, że kawałek mięsa zostawiony w klatce zabija… ;)

Nai przez chwile jadł ilości przyzwoite, jednak po wzgardzeniu pizzą na zawodach we Wrocławiu, przemyślał sprawę i najpierw połyka, a później myśli. mięso, owoce, nabiał, papier, skarby na spacerze – cokolwiek co da się połknąć.

6. Borderowość.

Qsław próbował jej dwa razy. raz zaczajając się na gołębie na dworcu, drugi raz wyskakując na ruchliwej ulicy przed jadące auto. za każdym razem spotkało się to z moją nieprzyjemną reakcją i nigdy więcej nie powtórzyło z jego strony.

Naiek lubi spowolnić swoje ruchy, gdy nie wie czego od niego chcę lub niekiedy, gdy wie, ale bardzo chce dostać to, co oferuję. auta, rowerzyści, zwierzyna nie ruszają go.

7. Moje podejście.

z Q robiłam dużo, bo przecież to border i trzeba go zmęczyć. nowe sztuczki, wzmacnianie mnóstwa rzeczy, intensywna socjalizacja. pańcia jest w centrum, nic innego nie istnieje. dość szybko zaniechałam rzucania zabawek, widząc, że ich nie donosi więc i to zaczęliśmy ćwiczyć, a równolegle tysiąc sposobów na wykorzystanie energii bez biegania po aport. chodził ze mną wszędzie, wyszukiwałam mu atrakcji i nie dałam od siebie odpocząć. zachłyśnięta fenomenem bordera cieszyłam się z ‚pakietu wbudowanego’ nie próbując go kształtować.

biorąc Naia od początku wiedziałam, że nie chce popełnić poprzedniego błędu i zamierzam dać mu być po prostu szczeniakiem. nie było oczywiście idealnie, bo od szczenięcego okresu Q zapomniałam trochę, że szczeniak to szczeniak i nic nie wie. z jednej strony daję mu luz jeśli chodzi o zdobywanie nowych umiejętności, z drugiej miałam spory problem z wyważeniem w pracy z nim tego, co jest już dużym poświęceniem, a co przychodzi automatycznie. ze względu na zupełnie inny tryb życia mam poczucie, że poświęcam mu za mało czasu. gdy wydaje mi się, że mamy z czymś problem, rozwiązanie go zwykle okazuje się być banalne.

* Co je łączy?

przede wszystkim to, że są moje do bólu. za obydwoma skoczyłabym w ogień.
są inne, ale oba wspaniałe. uczą mnie zupełnie inne rzeczy nazywać sukcesami i pięknem. pokazują, że schematy można sobie wsadzić w kieszeń.
w przypadku pracy z jednym i drugim unoszę się na chmurce, bo są w niej bardzo wdzięczne, a sama mam poczucie bycia słabszym ogniwem, co chyba jest mi potrzebne, bo motywuje.
kocham ich bezwarunkowo i choć czasami się na nie denerwuję, to nie wyobrażam sobie bez nich życia.

Mój Q

Mój Nai

Reklamy

About agnieszkazq


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: