pokonałam potwora!

miniony weekend spędziliśmy razem z Qsławem na wizycie w Opolu z racji zawodów frisbee.
podobnie jak w zeszłym roku byłam sędzią jednak raz, że zyskałam awans na sędziego głownego, a dwa, tym razem sama również startowałam!
plan był taki, żeby zgłosić się i pokonać wielką pałe :P rosnącą sobie w mym umyśle – poszedł więc quad i toss. no dobrze, przyznam, że poza chęcią pokonania własnego stresu chciałam też sprawdzić jak spisze się książe ciemności, ciągle pobierajacy nauki związane z byciem mistrzem łapania.

zanim jednak o naszych poczynaniach, to chciałabym nadmienić, ze – uwaga, uwaga – pogoda była piękna! przez dwa dni, z lekkimi przerwami świeciło słonko, temperatura pozwalała momentami na odsłonięcie łydek i ramion, jednak bez gotowania. w miejsce deszczu/ śniegu pojawił sie wiatr więc pod tym względem lekko nie mieliśmy, ale mysle, że w ogólnym rozrachunku możemy to pominąć :)
zawody przebiegły w miłej, dośc piknikowej atmosferze i kto nie był, niech żałuje!

druga rzecz, o której chcę powiedzieć, to aspekt sędziowania. rok temu nie sądziłam, że jest to aż tak trudne, w tym roku pojechałam zapatrzona w stos kartek, notatki, rozpisane własne wytyczne a i tak wiem, ze nic nie wiem. jeśli chce się to zrobić sumiennie to wcale nie jest tak łatwo i brakuje przynajmniej dwóch rąk, jednego mózgu i pięciu par oczu :)
pozwolę też sobie na małą dygresję – na początku swojej frizbowej przygody fukałam na usddn przyklasując innym organizacjom za brak ścisłych reguł, kategorii oceniania, nie przykładanie tak wielkiej wagi do łapalności. teraz, z perspektywy czasu i doświadczenia, które udało mi sie zdobyć (a jeszcze wieeeele przede mną), potrafię je docenić. na chwilę obecną śmiem twierdzić, ze w zasadzie niewykonalne jest rzetelne ocenianie całego występu przez jednego sędziego. to, co najpieknejsze jest we frisbee, czyli dowolność w doborze priorytetów naszych preferencji i brak możliwości zrobienia stop i przewinięcia o kilka sekund występu ;) uniemożliwia kompleksową ocenę całości. przeszkadza to najbardziej w przypadku konieczności zróżnicowania dwóch podobnych jakościowo występów czy też ocenie teamu prezentującego pewne skrajności. tak, to właśnie chciałam oficjalnie napisać :)

no dobrze, to teraz… wyleję na siebie wanne miodu z truskawkami i pistacjami – pokonałam potwora w swej głowie i jestem mistrzem! :D jak już wspominałam na początku, chciałam otrzaskać się ze stresem przedwystępowym i sprawdzić skille księcia ciemności.
pierwszą konkurencją, w której starotwaliśmy był quad – totalnie nie moja bajka, biorąc pod uwagę, że w życiu byłam na jednym! treningu pod tym kątem i od niedawna dorzucam na czwartą strefę bardziej niż mniej stabilnie. zero ciśnienia, wyjdziemy, rzucę, q złapie i będziemy świętować. taaaak… w momencie gdy zapadła decyzja o rzucaniu pod słońce wiedziałam, ze będzie marnie, ale nie sądziłam, ze aż tak… zero złapanych dysków, odpadliśmy jako pierwszy team ;] takie coś, w połączeniu z nastrojową muzką zespołu rammstein sączącą się z głośników, zamieniło mnie w zeusa ciskającego gromami. z burzą wiszącą nad głową doczekałam do rozgrzewki przed tossem, by stwierdzić, że rzucam tragicznie świetnie tj raz tragicznie, a raz swietnie, a na dodatek, o czwartej strefie moge pomarzyć, bo mam totalne zakwasy w prawym przedramieniu (w tym miejscu serdecznie pozdrawiam pkp, ciągnącego na szelkach Qsława i swoją nieumiejętność ograniczenia bagażu). tak czy siak, runda poszła całkiem spoko, zrycia czaszki nie zaobserwowałam, rzuty na trzecią strefę, niekiedy w bonusie, złapane – wynik 18 pkt, szału nie było ale wstyd też nie.
a teraz, drogie dzieci, przechodzimy do momentu kulminacyjnego i mojego źródła radości i lekkiego smutku zarazem – dzień drugi, runda druga. startowaliśmy z Q po wszystkich uczestnikach, bym mogła na spokojnie dokończyć sędziowanie. niestety, w przypadku ostatniego (czyli pierwszego, po pierwszej rundzie) zawodnika popełniłam błąd w obliczeniach, który na całe szczęscie został szybko wyłapany, jednak spowodował u mnie całkowite zgalaretowacenie wnętrza i wielkiego… w głowie :3 popląsałam po Q do namiotu, szybciutka rozgrzewka, myślowe machnięcie ręką – kuj, wszystko pójdzie w ziemię iiiiiiiii! no i nie poszło! poszło bardzo pięknie! czwarta strefa była osiągalna, trafiła się jedna piąteczka, mój mózg dryfował na różowej chmurce, a Qsław, niczym kucyk pony skaczący przez tęczowe przeszkody, namierzał zawisające frizbiacze, wybijał się z tyłu, łapał dekielka, przenosił ciężar ciała na przód i pięknie tym samym lądował – czego można chcieć więcej?! oczywiście nic nie dzieje się bez przyczyny dlatego jeszcze raz dziękuję za flagi reala ;>, ciemność nie zawodzi! schodząc z pola nie wiedziałam jak się nazywam, a łapki trzesły mi się jak osika na wietrze, ale…. daliśmy radę! dałam radę!! dawno nie byłam z siebie tak dumna!! :)))

jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale świadczy o tym, że turlanie odbywa się w odpowiednim kierunku.

bardzo dziękuję organizatorom za ponowną możliwość zbierania doświadczeń frizbowych z ciut innej perspektywy niż zwykle, za szansę na pokonanie własnego wewnętrznego potwora ;), uczestnikom za świetną zabawę i zacną rywalizację i dobrym duszom, za opiekę nade mną i Kjułiczkiem – było cudnie!

Reklamy

About agnieszkazq


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: