skrót(?) wydarzeń.

ooooraaaaanyyyy, ale zaległości.

emocje już co prawda opadły, ale wzmianki zabraknąć nie może, a więc…
chronologicznie!

->LADC 16-18 maja.

tegorocznemu ladc było pod wieloma względami wyjątkowe.
osiem grup (70 zespołów człowiek-pies), ośmiu trenerów (w tym trzech zagranicznych), wykłady rozpoczynające akademię już w piątek, piękny teren i niezmiennie zaskakująca pogodą :)
ladc zaczynało się dzień po operacji Naia i zastanawiałam się jak mój umysł to zniesie jednak magia tego wydarzenia spowodowała (choc może zabrzmi to brutalnie) że moje myśli pozostały przy frizbiaczach.
niesamowicie cieszyłam się po ogłoszeniu informacji o wykładach, szczególnie nie mogłam się doczekać tego, dotyczącego treningu mentalnego. temat został przedstawiony przez prowadzącą, psycholog sportu Joannę Denus, w bardzo ciekawy sposób. czułam jak posiadana już oraz dopiero co zdobyta wiedza układają się w spójną całość. ćwiczenia praktyczne i dialog prowadzony z uczestnikami wniosły wg mnie wiele dobrego, skłoniły do refleksji nad zagadnieniem. często nie doceniamy siły własnego umysłu, sądząc, że same umiejetności ‚techniczne’ nam wystarczą, mistrzów jednak nie ma na pęczki. kto nie był, niech żałuje!
sobota i niedziela standardowo były dniami treningowymi. do tej pory na ‚ladc centrum’ czuliśmy się jak smażone frytki więc nie trudno wyobrazić sobie nasze miny, gdy w sobotni poranek ulewa uniemożliwiła rozpoczecie punktualnie zajęć… ;) nie ma jednak lekko, gdy strumień wody lecącej z nieba przerodził się w większy kapuśniaczek zaczęliśmy! do końca seminarium, w kwestii pogody mieliśmy zmienne szczęście, jednak o tym, że słońce też z nami było przypominały mi później, sięgające połowy przeramienia, wysmażone na czerwono ‚rękawki’ ;)
w tym roku przypadły mi do prowadzenia grupy początkujące i szczeniaki. czasami zdarza się tak, że stykając się po raz pierwszy z dogfrisbee człowiek myśli sobie ‚o raaaany, ja tak chcę, rzucę fafikowi, fafik złapie, będziemy najlepsi’, a później idzie zdobywać wiedzę i umiejętności i im bardziej odkrywa, że jest ich dużo, tym bardziej mina więdnie, zapał opada, bo okazuje się, że pstryknięcie palcem nie wystarcza, a bez pracy nie ma kołaczy. żaden z ‚moich’ uczestników nie należał do tej grupy! takie miałam szczęście! dane mi było pracować z ludźmi z olbrzymim zapałem, chęcią do zdobywania nowych skilli, którzy nie bali się pytać, dyskutować, którzy drążyli temat. z ręką na sercu mogę powiedzieć, że spędziliśmy wspólnie czas w sposób bardzo produktywny i dla mnie, osobiście niesamowicie inspirujący.
na koniec odbyło się rozdanie dyplomów, wspólne zdjęcie iiiii…. jako prowadząca dostałam cudną niespodziankę! TADAAAM:

a tutaj namiastka tego, co się działo:

-> DCDC Wrocław 31 maja – 1 czerwca

oj. ojojoj.
jak zima, co roku, zaskakuj drogowców, tak Wrocław w tym roku zaskoczył mnie…
popełniłam już raz ten błąd i 3(?) lata temu będąc na zawodach nie wystartowałam w nich. zarzekłam się wtedy, że już nigdy więcej więc mimo kontuzji uniemożliwiającej normalne poruszanie się od maja… bardzo! bardzobardzobardzo! chciałam wystartować. niestety, możliwość zgarnięcia dysku z ziemi jest niezbędna do zrobienia fristajlu toteż z wielkim smutkiem, czekając na poprawę do samego końca, musiałam zrezygnować ze startu w openach :( ale, ale! nie ma tego złego, przecież zostaje super pro! mimo mojej ułomności ćwiczyliśmy zacnie z Qsławem zarówno piękne i mądre łapanie jak i dalekie rzuty! przecież szło nam świetnie, rok temu w Poznaniu trzasnęliśmy 24,5 pkt więc może by się pokusić o 25…? plan był wspaniały, jednak trochę martwiło mnie wspomnienie startów w Opolu, gdzie osiągnięcie czwartej linii było związane z walką na tyle wielką, że celowanie w środek odeszło w zapomnienie. no, ale przecież na treningach szło nam świetnie! tak świetnie, że aż w moim umyśle pojawiła się nieśmiała wizja longa! taaaaa… longaaa-pauonkaaaa ;]
zanim dowiecie się jak bardzo spierdzieliłam, chciałabym pochwalić się, że w ramach wsparcia inwalidy, otrzymalam od Pauli możliwość wystartowania z Hondą w tossie! razem z Dżonym tworzymy trudny, choć pełen pasji związek. Torpedka, jak na torpedkę przystało pięknie popierdziela, szybko wraca, jest bardzo czuła na wskazówki ze strony przewodnika i… jest psem Pauli, która 97% dysków rzuca na odległość bliższą niż dalszą, a tossa trenuje – jakże by inaczej! – głównie na zawodach :P
wracając do osiągniętych we Wrocławiu wyników – miało być tak pięknie, a wyszło… jak wyszło. być może fakt, że po raz pierwszy od bardzo dawna, pojechaliśmy z Qsławem sami na zawody miał na to wpływ, byc może za dobrze sie przygotowaliśmy i było to na tyle niezwykłe, ze nie mogło się udać… ;) w każdym razie, daliśmy ciała na maksa. ja rzucałam jak dziki trol, próbując na siłę uzyskać odległość i przełamać zakwasy po wcześniejszym, przypadkowym rzucaniu cegłówką, on oślepiony blaskiem jasności fikał nie zawsze w najmądrzejszy sposób, a ona? Dżono-Dżona rozbiła wszystko doskonale, tylko gdzieś na początku 3ciej strefy wsysał ja tajemniczy wir i wypluwał na czwartą w pełnej dezorientacji :P jeszcze chyba nigdy nie wokalizowałam tak w trakcie startu, ale przynajmniej pochłonęło to cała moją uwagę i energię których starczyło już na stresowanie się :) druga runda w niedzielę, łatwiejsza po takim skopaniu, poszła nawet nie najgorzej. psy i ja wyciągnęlismy się, tym razem wzięłam dobre dyski, zostawiając cegłówkę w namiocie i tak z Q osiągnęliśmy bodaj 19,5 pkt a z Hondą UWAGA!! 22! Dżonatan na tossie skacze nieznacznie, szczególnie, ze przywykła do startów ze swoją paniunią, toteż tym bardziej cieszy mnie nasz wynik!
to były pierwsze zawody, od bardzo dawna, na które pojechaliśmy sami z Qsławem. Szymon i reszta bandy zostali w domu pilnować Rudego. równowage w przyrodzie, pomagając rosnąć memu sercu zapewniły jednak dwa spotkania rodzinne!

Włóczniki:

Kjułiki:

i konferansjerka z Pusheenem!

-> DCDC Poznań 14-15 czerwca

Poznań, miasto doznań.
Pauonków, Dżonów i Rudych Ronów!

po wrocławskiej abstynencji fristajlowej uznałam, że mówi się trudno, pierdziele! będę się czołgać, turlać, kompromitować, ale startujemy! jak zawsze był wspaniały plan :D tym razem obejmował stworzenie nowego free. trudno tego dokonać w 1,5 tyg zachowując normalną aktywność zyciową. jeszcze trudniej z niedziałającym kolanem, ale nie ma że boli! nie zdzierżyłabym świadomości, ze zostały mi jedne zawody z serii dcdc na których moge wystartować. treningi sekwencji, które odbyliśmy z Q przed zawodami były kosmiczne. chyba jeszcze nigdy mój pies mnie tak pozytywnie nie zaskakiwał, nigdy nie odniósł tylu sukcesów, ah… płynęlismy na tęczowej fali. pazerność moja wzięła górę i uznałam, że skoro idzie tak świetnie, to zrobię jeszcze treningi we wtorek, czwarte i PIĄTEK PRZED ZAWODAMI (SIC!) w trakcie których stworzę i opracuję nowe sekwencje. zastanawiam się czy jest możliwe, że nie zauważyłam jak spada na mnie gigantyczny kamień z nieba, jak wali we mnie piorun czy też może był jakiś inny powód takiego zaćmienia, ale cóż… tak właśnie było. wstyd mi za to okrutnie i bijąc teraz pokłony przed Qsławem, który mimo moich szaleńczych wizji, dał radę psychicznie i fizycznie, obiecuję z ręką na sercu, że juz nigdy więcej tak nie zrobię. jeśli będę próbować, niech mnie pochłonie jasność ;]
my tu sobie pitu-pitu, a jeszcze ani słowa o starcie! prawie jak zawodowy snajper, udało mi się ustrzelić doskonałą pozycję na liście startowaj, a konkretniej byliśmy na drugim miejscu. sytuacja idealna, bo pierwszemu jest najtrudniej, a z drugiej strony im dalej, tym więcej stresu dla mnie. traf chciał, ze bezpośrednio przed openami, miała miejsce runda kwalifikacyjna do dogdajwingu, na którym despotycznie dzierżę mikrofon i który kocham miłością szaloną, toteż ostatecznie wystartowałam jako przedostatnia, a miss platformy, Paula z Weną, zamknęły super openową stawkę. na stresik miejsca nie było, pierwsze dźwięki naszej zacnej brend nju mjuzik pokierowały mnie w jedyną słuszną stronę i… choć nie wszystko poszło zgodnie z planem, to byłam bardzo zadowolona z naszego występu. sekwencja blisko ciała z vaultami wyszła nam przecudnie ze 100% łapalnością, ładnymi, wczesnymi, wysokimi rzutami, z doskonałą, świadomą pracą Q i już nawet passing i zigzak (które potencjalnie miały być elementami pewnymi, a na zawodach totalnie nie wyszły) nie były w stanie odciągnąć moich myśli w złą stronę :))


fot. Andrzej Podgórski

to był ten moment, którego życze każdemu – poczucie sukcesu, miejsce, punkty są wtedy kompletnie nieistotne. niedzielny występ był na dość podobnym poziomie, przebiegł według bezcennej wskazówki Gumiszi czyli ‚nie śpiesz się’, część rzeczy wyszła lepiej, część trochę gorzej, ale generalnie… czy ja naprawdę rozważałam niewystartowanie?! fristajl, fristajl… tossik kurna! przy relacji zawodów wrocławskich wspominałam, o nierównej walce z tą konkurencją. w Poznaniu, po raz PIERWSZY!!! w życiu!!! zrobiłam 3 równe rundy toss&fetcha. z rzutami, które nie były absolutnie idealne, ale całkiem nienajgorsze, z wolnym od chaosu umysłem, z absolutnie-zajebiście-fantastycznie pracującym psem! raaany, jakie to fajne! w sumie zdobyliśmy 44,5pkt w Super Pro, tym samym piąte miejsce i kwalifikacje na finał krajowy, 120,61pkt w Super Open, siódme miejsce i kwalifikacje na finał krajowy oraz tytuł mistrza pod wezwaniem pauonczarskiego umysłu i dumę, która rozpiera do dziś :) nie byłoby to możliwe, gdyby nie bezcenne wsparcie pauonk squadu i najlepszy, jaki można sobie wymarzyć doping elity z górki – bardzo Wam kochani dziękuję!


fot. Andrzej Podgórski

pisząc o poznańskich zawodach nie mogę nie wspomnieć o moim kolejnym spełnionym marzeniu – dostałam możliwość sprawdzenia się w roli sędziego oceniającego freestyle! w udziale przypadły mi startersy, a konkretniej kategoria pies. przeczytałam kilkukrotnie regulamin, obejrzałam setki filmików, sporządziłam notatki, opracowałam sobie system oceniania i… jak zawsze teoria-teorią, a praktyka-praktyką. jeden mózg, jedna para oczu i dwie ręce okazały się być niewystarczające, mnogość decyzji do podjęcia i świadomość ich konsekwencji powodowały, że kilka minut między występami, dające czas na ocenę, mijały niczym kilka sekund. aspektów do rozpatrzenia było wiele, niby tylko ocena psa, ale wszystko, co dzieje się na polu ma na nią wpływ przez co ostateczne równanie dalekie jest od „2,5 – 1 + 0,75”. zawsze zastanawiałam się, jak niektórym udaje się sensownie oceniać występy przyznając setne częsci punktów. teraz już wiem, że wymaga to niesamowitej wiedzy, doświadczenia i oleju w głowie. dzięki możliwości sprawdzenia się w tej roli jeszcze bardziej chylę czoła przed takimi sędziami – czapki z głów!

-> seminarium w Szczecinie 21-22 czerwca

ledwie wróciliśmy do domu, a już czas był wyjeżdżać. znowu Poznań, choc docelowo Szczecin, no, ale boże ciało zobowiązuje :)

w ramach płodozmianu, pojechaliśmy z Gumiszi na adżilitki, gdzie Książe Ciemności, razem ze swą wielką miłością Matką Wu popylali przez hopeczki robiąc wybitnie mądre rzeczy.

chwila relaksu i sio, w drogę! by ją sobie umilić zaliczyłyśmy moczenie stópek w jeziorku

później rajd czerwoną strzałą, życie na krawędzi na górce, wiatr we włosach, krówka w zębach i jednokierunkowe, rozkopane uliczki w Szczecinie… ;)

seminarium odbyło się ekstremalnie wietrznej i niesamowicie miłej atmosferze. poznałyśmy sporo nowych, obiecujących par psio-ludzkich, które dzielnie walczyły o kontrolę nad poczynaniami wyrzucanych dysków.

bardzo spodobała mi się różnorodność rasowa, szczególnie, że wszystkie psiaki wykazywały się dużym zaangażowaniem i chęcią pracy, choć w myśl teorii, że pies upodabnia się do właściciela, trudno jest się temu dziwić :)
weekend minął nam bardzo pracowicie, ale też inspirująco, a przy okazji zostałyśmy tak bardzo rozpuszczone towarzysko i kulinarnie, że aż nie chciało się wyjeżdżać, a poczucie odległości od Szczecina zdecydowanie zmalało! dziękujemy za wspólnie spędzony czas, dodatkowo Magdzie i Gosi za organizacje oraz Marcinowi za odporność na bezczelność naszych bestii i cierpliwość w spełnianiu mojego marzenia o planszówkach <3 no, dobra… za truskawki też!

na koniec dodam, że szczeciński wypad był pierwszą okazją dla Naia do lekkiego pląsania! choć daleko mu było do pełnej swobody, to pięknie prezentował swe umiejętności i trwaliśmy tak wspólnie w euforii ciesząc się nowymi możliwościami :)

radość, radość, wszędzie radość… chyba było aż za dobrze. przedwczoraj minął miesiąc, od kiedy nasze stado pomniejszyło się.
pięć psów to dużo, zawsze mówiłam. teraz wiem, że cztery to o jednego, TEGO jednego za mało…
ostatnie zdjęcie Zamsza.

Advertisements

About agnieszkazq


One response to “skrót(?) wydarzeń.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: