no, dobra, dość tego lenistwa…

pierwotnie tytuł tej notki to były ‚ FINAŁY!!!’ i została ona stworzona w połowie września… tak, trzy miesiące temu. przez cały ten czas, z powodów absolutnie najważniejszych ;) nie znalazłam chwili by uzupełnić ją o zdjęcia i w efekcie odkładałam publikację. teraz zdjęć już nie znajdę więc wstawię to jedno:

z Annówkowego obozu z Lucką i Vercią, które pokazuje geniusz Qsława, patrzącego i czekającego na dysk, który zapewne chwile później został pięknie chwycony. to co dłubię we frizbi od wielu miesięcy procentuje więc myślę, ze ta fota to dobry symbol :)

wracając do wpisu, który – przypomne – pierwotnie zatytułowany był ‚FINAŁY!!!’ dalsza jego część brzmi tak:

bo małe litery okazały się nie wystarczające… ;)

już na początku notki musze zaznaczyć, że z pewnością zabraknie mi odpowiednich słów, by wyrazić zajebistość tych dwóch dni ;)

zacznę od tego, że kontynuując swoją własną tradycję wyznaczania sobie celu do osiągnięcia, wspięłam się na wysoki level autobezczelności i jako target ustanowiłam spokój ducha, mój oczywiście. ten sezon, mimo zmiennego szczęścia, pokazał mi, że zarowno od psiej, jak i ludzkiej strony, potrafimy razem z Q osiągnąć naprawdę wiele – kolejne starty, w których realizowaliśmy przeróżne założenia, zgranie, które chyba nigdy nie było lepsze i choć już wcześniej zauważałam subtelne sygnały, to obóz z Lucką i Vercią ostatecznie pozbawił wymówki, gdy zaufamy sobie i skupimy na własnych rolach, efekty są najlepsze.

Warszawa to moje miasto, kocham je szalenie, tęsknię za nim okrutnie, wspominam bardzo namiętnie (prawie tak samo, jak przerysowuje ;) ). umiejscowienie finałów na mapie Polski, siłą rzeczy oddziałuje na mnie pozytywnie.
piątkowe przygotowania pola upłynęły na radosnym pląsaniu przy basenie

później pomknęłam na spotkanie z królem gamoni (gamoń- jednostka będąca bliskim krewnym ‚pauonka’ jednak z innego okresu w moim życiu), a dzień skończył się miłym czillem w towarzystwie kjułiczkowo-włóczniczkowym. uświadamiając sobie, że mimo, że następny dzień przyniesie debiut Rudego i starty z Q, a ja nie czuje cisnącej presji, wiedziałam, że jestem na dobrej drodze do realizacji zamierzonego celu.

przejdźmy do konkretów!
sobota – starty typowo finałowe wyznaczone na wczesne popołudnie, poranek przeznaczony na time trial. time trial? raaany, kompletnie nie moja bajka! ostatnim razem, a było to ładnych kilka lat temu, stres miotał mną tak, że nie byłam w stanie, trzęsącą się ręką, dorzucić na te 20 yardów… :D na dodatek Rudy, zaaferowana, pląsająca w świecie motylków i outrunów, kropkowana gazela… no, ale zgłosiliśmy się, poddając argumentowi Pauli, że Naiek ma się otrzaskać z atmosferą zawodów, a kwestie przyczyniające się do ujemnego bilansu naszych szans na cokolwiek będą zwiększać szanse na osiągnięcie spokoju.rozgrzewka poszła bardzo ładnie – moja obfitowała w spokojne, równe, stabilne rzuty, Rudego za to, w mądre działanie, przyjemne pląsy i wspaniałą koncentrację. było tak słodko, że aż wyciekało nosem i uszami i dokładnie na tej tęczowej fali dopłynęliśmy do startu. numer pierwszy – Agnieszka i Nai (huhuhu, brzmi dumnie!), pierwszy rzut zacny, choć muszę przyznać, że pozornie o kilka centymetrów za bliski, ale, ale… Rudy geniusz, pełny determinacji, po ciasnym obiegu i szaleńczym pędzie do frizbiacza wyhamowal! popaczał! ustawił sie boczkiem, przepląsując idealnie za linie, chwycił i zawrócił pomijając tradycyjny łuk! pląsa do mnie, słyszy ‚daj’ i zanim oddał dysk do ręki słyszy ‚omiń’ i robi to!! płynnie i pieknie!! nie wierzę, że idzie tak gładko więc ze szczęką na ziemi rzucam po raz drugi i sytuacja dokładnie się powtarza! po chwycie dysku wydobywam ze swojego gardła najwyższe i najdonośniejsze ‚Tiiiiiiit!’ na jakie mnie stać i uciekam w drugą stronę, widząc kątem oka jak moj dzielny pieseł przyspiesza, by dogonić paniunie! mamy to! takie rzeczy! takie rzuty! taki dzielny, rudy zwierz! sekunde później słyszę 15,75sek jako wynik i jeszcze nie wiem, co to oznacza, mówiłam przecież, że to nie moja bajka… jestem zadowolona, żadna z moich fatalistycznych wizji się nie spelniła, Rudy dał radę lepiej niż sądziłam, a przypominam, że dalej nie wiem, co oznacza wynik. wynik oznacza, ni mniej ni więcej, że mieliśmy jakąś sekundę straty do rekordu świata ustanowionego w tej dyscyplinie. takie buty! choć przyznam szczerze, że fakt ten jara mnie dużo mniej niż to, jaki Nai był wspaniały i z jakim spokojem udało mi się podejść do naszego występu! dość długo byliśmy na prowadzeniu, później, o trzy setne sekundy (!!!) prześcignął nas Hachiko, a ja dalej pląsałam w narkotycznej euforii, z bananem na twarzy jarając się dokonaniami Tita :))
w rozgrywkach play off (tak się to chyba nazywa) moje zbyt krótkie rzuty zemściły się na nas, ale Naiek dalej błyszczał geniuszem pięknie łapiąc i utrzymując tempo, co było po tysiąckroć słodsze niż lepszy wymierny wynik. rok temu paradna kluska, cztery miesiące temu, biedny pokrojony Titek, a dziś, pełen mobilizacji, jak na włócznika na zawodach przystało, mój dzielny, wspaniały Nai! oh, oh,oh Nx<3…. tak, wiem, jestem nienormalna :))
kończąc sobotni wątek Naia na zawodach, będący wbrew chronologii, ale o Q już za chwile, powiem jeszcze tylko, że późnym popołudniem zebraliśmy się na rozdanie nagród w Time Trial, Rudy kontynuował relaks na materacyku, ja poszłam klaskać, az tu nagle słyszę 'drugie miejsce Agnieszka i Nai', ha! plejof plejofem, ale jak się okazało, sam wynik to osobna bajka (nie moja, wspominałam?) polazłam więc wdrapać się na podium, Szymon zorganizował szybką akcję pozyskania Rudego – i tu nastąpił moment najsłitaśniejszy dla mnie osobiście – puszczony Naiek odkrywa paniunie, biegnie ile sił w nakrapianych łapach i liczy się dla niego tylko to, żeby być razem, dostaję stado buziaczków! puchar to rzecz miła, zgadzam się, ale najmilsze jest coś zupełnie innego, nawet jesli to-to jest rude, w kropki, z nierówną kryzą, ogonem na rozjechanych uszach, finezyjnym wąsem i durnym ryjem – jest mój NAImojszy!!

pierwszy start ma miejsce jeden, jedyny raz w życiu więc wierzę mocno, że wybaczysz mi drogi czytelniku tę tonę cukru, do której z dziką przyjemnością wrócę za czas jakiś, wspominając miłe chwile. z Q się opanuję, obiecuję :)

przejdźmy więc do Księcia Ciemności, mojego zasadniczego zawodnika. szybki 'czek' w ramach rozgrzewki – piękny jak zawsze, mózg na miejscu, pupa w górze, niech mnie ktoś, kurna, obudzi!
na pierwszy ogień – losowanie numerów. wynik daleki od mojego ideału, ale zdecydowanie mogło być gorzej – super pro 16, open 9. najpierw tossik, rozgrzewka! przyznam, że większym wyzwaniem był aspekt psychiczny choć nie wiązał się on z okiełznaniem stresu (end de łiner iz…!) zgodnie z postanowieniami poobozwymi zamierzałam walczyć ze swymi paskudnymi naleciałościami i rzucać nowym sposobem, co wymaga ode mnie nieprawdopodobnej koncentracji na każdym, najmniejszym elemencie. rzucało mi się całkiem dobrze, nie marząc nawet, naturalnie, o czwartej strefie, ale i cel był inny.
zanim powiem, że nadeszła nasza kolej, pragnę oddać hołd mojemu psu. przed każdą z dwóch sobotnich rund z Q zostawiłam swój mózg do-tej-pory-nie-wiem-gdzie i urządzilam mu ciut za dlugie rozgrzewki. bezpośrednio PRZED. należy mu się, jeszcze dlugi czas, całowanie po stopach za to, że dał radę, prezentując na swoich występach bardzo dobry poziom. kondycja, kondycją, motywacja, motywacją, doceniam je szczerze, ale wiem, że bez tego, że on pracuje dla mnie, nie znaczyły by tak wiele, jak biorąc pod uwagę ten fakt. pokłony dla Księcia Ciemności!
no, dobra, teraz już mogę – nadeszła nasza kolej! najpierw tossik. wychodzę na start i wiem, że on da radę. widzę to. istnieją subtelne sygnały, po których umiem poznać, że energia nam nie sprzyja, ale nie było ich tym razem. zdeterminowane, intensywnie wpatrzone we mnie ślepia, pies cały 'zebrany' i wyczekujący, zerkam na sędziego, zielone światło, no to siup. ustawiam stopy, którymi nie ruszę w trakcie rzutu, od tego zaczyna się mój nowy rytuał, w pamięci przelatują mi wszystkie wskazówki, wiem gdzie ma być dysk, jak ustawić ramiona, kolana, biodra, rękę, wszystko! jedno słowo, pies biegnie, ja rzucam, dysk leci. tak, widzę, więcej kąta, ale pogoda mi pomaga, dysk zawisa na wysokości trzeciej strefy, idealnie w bonusie, Q nadbiega, skraca krok, wybija się z tyłu, chwyta frisbee, robi puczi-kulke i ląduje pięknie na cztery łapy, po czym szybko zawraca, pędzi do mnie, oddaje dysk idealnie do ręki i cały schemat powtarza sie od nowa… pięć razy! cały czas dorzucam na sam koniec strefy i gdy już wiem, ze mamy pięć chwytów postanawiam powalczyć o te kilkanaście centymetrów i… rzucam niemalże w prawą bandę – ojtam, ojtam :D koniec rundy, wszystkie dyski złapane, poza ostatnią szkaradą, wszystkie z nich były wyrzucone tak, jak być powinny, każdy chwyt w wyskoku, w bonusie i nie, nie przeszkadza mi brak czwartej strefy – jestem kozą, mogę opanować świat, jestem swoim własnym zwycięzcą! i mój pies! pozostawiony samemu sobie i tak mądry we wszystkim, co zrobił w trakcie tych 90 sekund! finał krajowy, creme de la creme jak to mówią spikerzy, a ja nie dorzucam do 40yardów i cieszę się jak głupia, dlaczego…? BO MOGĘ :D
wynik finalny 20,5 i bardziej niż ta jedna, wypocona czwóreczka cieszy mnie trzeciostrefowe 4×4. po opublikowaniu wyników jesteśmy na 7dmym miejscu, najwyższy wynik 22,5 i to w lapkach nie byle kogo, samego Zastępcy Księcia Ciemności!
śmignijmy do Open.
o tym, że wylosowaliśmy 9ty numer już mówiłam, ze zamordowałam swego psa przed też więc pozostało mi wspomnieć, że w ramach kolejnego ‚ułatwienia’ wpadłam na genialny pomysł założenia dżinsów na fristajl. świeżo upranych… tutaj już nie będę się rozwodzić,bo tego byście nie znieśli. gdzieś pomiedzy walką w schylaniu sie po kolejne frizbiacze, wyszły nam wszystkie istotne elementy, pamietałam o zmianach, Qsław śmigał jak szalony i tylko to zbieranie dysków… z samego występu przypominam sobie niezbyt wiele, po zejściu z pola miałam poczucie, że kaszany nie było, ale do ideału daleko. smutno mi było troszkę, że nie udało się powtórzyć wyczynu z Sopotu, ale odepchnęłam szybko od siebie tę myśl zasłaniając ją wygraną walką ze stresem!
TAK!TAK!TAK! udało się, w sobotę zwycięzyłam ten pojedynek przez nokaut i już nawet, gdy wieczorem zasiedliśmy do piżama party, czułam związane z tym faktem, przyjemne emocje.

aaaa, zapomniałabym! wbrew mojej wizji znalezienia się w drugiej połowie stawki, po pierwszej rundzie podium wyglądałoby następująco: Lucka z Dixi, Agnieszka z Q, Paula z Weną. niezły żart ;)

niedziela-dzień drugi, tym razem w dużym skrócie.

poranne dogdartbee, w trakcie którego Rudy był niezmiennie doskonale pędzącym, łapiącym, ale już lekko outrunującym na powrocie piesełę, a mi nawet udało się rzucić kilka razy tak, by wylądował w tarczy. geometria + frisbee = abstrakcja, przynajmniej dla mnie. w ramach ciekawotski, z frisbee niezwiązanej, mogę dodać, że Naiek ujrzał tego dnia KACZKI i powiedział, że nic innego na świecie nie istnieje. obiecałam mu wrócić kiedyś do tej dyskusji ;)
pierwszy niedzielny start z Q to był toss do openów.zgodnie z pierwotnym założeniem trzymałam się nowego sposobu rzucania więc jak łatwo przewidzieć, dyski lądowały na trzeciej strefie, jednak niestety coś mi się lekko wżarło w musk i nie było już tak pięknie, jak być powinno, ale przecież mam Q! 17,5pkt, jeden dysk odbity, reszta złapana w locie :) dało nam to 7 (chyba) miejsce i drugą wejściówkę do top ten! jak miło :)

druga runda Super Pro była polem walki, gdyz czułam, że bycie oazą spokoju przez dwa dni to dla mnie, na chwilę obecną, trochę zbyt dużo. zjeść się nie dałam, ale trochę mnie nadgryzło. plus jest taki, że bardziej własny mętlik w głowie niż chęć osiągnięcia rezultatu. nie było źle, a będzie lepiej – uzyskaliśmy 19pkt, co jak się później okazało, dało nam 10miejsce.
więcej na temat naszych poczynań w tym zakresie pisać nie warto, ale nie mogę nie wspomnieć, o poczynaniach dream teamu Marian&Zdzisław! chłopcy, jak już mówiłam, po pierwszej rundzie dzierżyli pierwszy wynik, podobnie jak dwa inne zespoły, przez co startowali jako trzeci od końca (logiczne, czyż nie? :P ). pierwszy ich finał, dobry wynik, ciśnienie podniesione przez pozostałych konkurentów i poprzeczka na wysokości 24 punktów do przeskoczenia. wiedziałam, że normalnie stać ich na to, by rzucić nawet 25, ale zawody, presja itd… cóż to będzie? pierwszy rzut , super, czwarta strefa, Zdzisław, jak nie on, zacnie wzbił się w powietrze, daleko jednak od bonusu… dwa kolejne, znów ta sama sytuacja. jako naczelny pauonk tego świata wiem, że to co się dzieje w mózgu, gdy z jednej strony, jest dobrze, z drugiej, musi być lepiej i ma się świadomość, ze są na to szanse, przekracza możliwości wyobrażenia normalnego człowieka. a oni? zrobili to! kolejne trzy rzuty to były same piątki, absolutnie genialne, absolutne kapitalne, będące dowodem na to, że można pokonać własnego wewnętrznego skrzata, a może nawet nie pokonać, tylko zmiażdzyć go swoja siłą jeszcze przed walką? tak czy inaczej, 24pkt! i wyszli na prowadzenie, mając pudło w kieszeni! nie spodziewałam się, ze umiem cieszyc sie tak bardzo czyim szczęsciem i jako właścicielka Księcia Ciemności, posiadającego Zastępce, który wygrał swoje pierwsze finały!! puchnę z dumy! bylo pięknieeee!

w tej radości podeszliśmy do ostatniej rundy, do ostatniego fristajlu, ja w odpowiednich spodniach ;), on z odpowiednim nastawieniem i…. mimo niezłapanych 5 dysków oceniam ten występ jako bardzo udany! pamiętałam, żeby lepiej pofikac po polu, rzuciłam fingerflipa z biuzbiuzm, którego ostatnio prezentowałam z Zelówką, a Qsław trzasnął TAKI zigzag, że klękajcie do stopy! każdy rzut inny, wszystkie bardzo dobre technicznie i złapane równie doskonale bez najmniejszych łuków, naprawdę zacnie! zrobiliśmy to! popłynęlismy na fali! czelendź komplit! w efekcie spoczęliśmy na 5tym miejscu w Super Open, które satysfakcjonuje mnie niesamowicie! i chyba po raz pierwszy nie odczuwam potrzeby rozważania ‚co by było gdybym rzuciła 22,5 na tossie’ ;) awansować po rundzie free, ja Cięęę!
a na dodatek, tym zacniejsze było zakończenie całej imprezy, że na podium, jako jedyny polski zespół, stanął Pauonk z Matką Puczką, za to dzielna, obchodząca w tym dniu trzecie urodzinkiiiii Dżony, miała drugi najlepszy fristajl zawodów i walczyła we frisbatelce z samym Lakim-wymiataczem, ostatecznie ustępując mu w drodze po ostatni puchar.

w ramach monopolu pauonk składu na sukces musze wspomnieć również o wielkim osiągnięciu brata Naika, Łesia razem z jego Pająkiem! z Pająkiem, który zawsze gdera o tym, że jest źle, a później wychodzi i zajmuje kolejno drugie i trzecie miejsce na dogdartbee – tak bardzo ona nie umie rzucać, a jej pieseł łapać, paczciepaństwo!

to były dla mnie najlepsze finały jak do tej pory, zarówno pod względem towarzyskim, treningowym jak i każdym innym! moim psi panowie tacy zacni, ja taka ogarnieta, pauonki takie podiumowe i tylko żal, że na ten rok to już koniec… ale za chwile będziemy to świętować w Annówce, później w październiku raz jeszcze i nim sie obejrzymy, już będzie Wrocław 2015! życzę sobie i Wam by było już tylko lepiej i składam ostatnie postanowienie w tym roku… ale po cichutku, choc chyba łatwo się domyśleć ;)

Advertisements

About agnieszkazq


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: