Wroclove

love. nie-love. love. nie-love. love?
podobno od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok, postanowiliśmy sprawdzić to na własnej skórze.

ostatnio pisałam o planowanej konsultacji w kwestii Kjułikowego kręgosłupa.
Qsław – love.
Qsław nie robiący nic przez trzy tygodnie, obserwujący jak Rudy może wszystko i jęczący z tego powodu dzień i noc – NIE love.

ubiegły weekend. piątek, konkretniej.
nadszedł ten dzień, pomknęłyśmy z Paulą i trzema burasami na wizytę do dr. Anety Bocheńskiej i….
pani doktor stwierdzająca, że Kjułiczek jest jak z bajki – LOVE!
komplet zdjęć rtg, który w zasadzie w całości nadaje się do powtórki – NIE love…
Qsław zasługujący na naklejkę dzielnego pacjenta i dający ze sobą zrobić wszystko – love!!!
Qsław tak bardzo zaangażowany w robienie z nim wszystkiego, że aż nieprzestawiający wygiętych łapek ‚bo pani doktor kazała, a pańcia pacza’ – zawał serca i nie love!
pomysł by Paula przy nim została, moje wyjście z gabinetu i odpowiednie reakcje Księcia – po stokroć love!
wspaniałe podejście, niesamowite zaangażowanie, wiedza, umiejętności i pasja u dr Bocheńskiej – love, love, love!!!

ooooo, rany! już nawet nie kamień, a wielki głaz spadł mi z serca po tej wizycie! co prawda Qsław w trakcie zadbał o jego migotanie (reakcja z łapką) ale gdy wszystko sie wyjaśniło, poniosła mnie tęcza! choć zdjęcie nie było do końca optymistyczne to pani doktor powiedziała, ze leczy się psa, a nie kliszę, a Qsław, cóż… czuje się świetnie i jest w dobrej kondycji (cytat!). dostaliśmy zielone światło na wszelkie pląsania i zalecenie powtórzenia zdjęć oraz pokazania się za kilka miesięcy, zeby zobaczyć co w kjułiczkowych pleckach piszczy.
dobre wieści zdrowotne to jedno, ale fakt ‚odkrycia’ wspaniałego lekarza cieszy mnie niezmiernie. Aneta Bocheńska łączy w sobie profesjonalizm w każdej postaci z niezwykłym otwarciem na drugą stronę – psią i ludzką. to nie zdarza się często. pani doktor specjalizuje się w medycynie psów sportowych, neurologii i rehabilitacji, a na dodatek wie z czym się je border collie ;) gdyby ktoś potrzebował, szczerze polecam gabinet weterynaryjny GRYF we Wrocławiu (klik)

no, dobra, ale Wrocław, decedece, halo!
skoro już mamy śmigającego Q to przejdźmy do zawodów! :D
postanowiłam skorzystać z zielonego światła i podtrzymałam zgłoszenie Ksiecia do super pro. z lekką obawą z jednej strony (bo jęczał, musk mógł wyparować) i kołczingiem pauonka z drugiej (daj mu popląsać, odstresujcie się, bez ciśnienia) podeszliśmy do dwóch rund.jedyne o czym myślałam, to potencjalna pauka u Q, bo – u w a g a – tak dobrze przygotowana do tossa to jeszcze nigdy nie byłam!
zgodnie postanowieniami po zeszłorocznym finale dzielnie brykałam na własne treningi rzutowe i choć dokładnego pomiaru odległości nie dokonałam, to zauważalnie zwiększyła mi się jakość rzutów i ich odległość ( a przecież ostatnio brakowało w okolicach metra do czwartej strefy!). no to siup, najpierw rozgrzewki. zdecydowanie zabrakło mi poczucia pewności w kwestii tego co robię, ale przecież to pierwsze zawody, gdzie będę po sformatowaniu rzucania mierzyć w czwartą strefę. więcej luzu, będzie dobrze. gdy wszystkie dyski lądowały za czwóreczką, a część z nich aż za bardzo za, pomyślałam, że jest dobrze i na tym skończyłam. a mały muskowy pauonczek siedział pod czachą i zawijał je w te sreberka… tak bardzo je zawijał, że z ręką na sercu, pamiętam z pierwszej rundy tyle, że był klops… spokój i pewność, którą sobie ukochałam zwiały chyba do sadzawki z wodą nieopodal pola, a ze mną zostali ich gorsi kuzyni. problemem było to, co miało nim nie być, za to Qsław… ah, ten Qsław! raz się dał ponieść, a poza tym… <3
na tym, wątpliwym w moim, wykonaniu, popisie skończył się dla niego pierwszy dzień zawodów więc przejdę teraz do Rudego, może to mnie trochę usprawiedliwi.

Qsław – love.
rzucająca pauka – nie love.

Rudy Titeł. oh, rany, rany…
rok temu, na tych samych zawodach siedział w domu i goił bark ze smutną minką w koszulce od babci Pająk. a teraz? oto i on, Rudy Ron, z wypiekami na polikach, gotowy na pląsanie! wzrusz + 100 i za to wielkie love. w ramach przeciwwagi, na dwa-trzy tygodnie przed zawodami zaliczyliśmy kilka takich treningów, że zaczęłam sprawdzać regulamin obi. ale to Włócznik! ja trochę też się nim stałam, toteż w ostatnim tygodniu nastąpiła pełna mobilizacja oparta na planie doskonałym. zaświeciło słońce. na trzy dni przed zawodami powstał fristajl, który przećwiczyliśmy raz. zagrało. zapamiętałam go w jakiś dziwny, intuicyjny sposób. muzyka, ah! MUZYKA. jak już przedarłam się przez wszystkie szalone rude, śpiewające wiewiórki i dolazłam na koniec internetu, gdzie czekał na mnie Ron Rudy(klik) i wiadomość do niego(klik) postanowiłam postawić na to, przy czym stopa zacnie pląsa. no, skoro stopa pląsa, a ja będę czwarta to spróbuję nie myśleć o tym, ze przed naszym występem pewnie nie raz widzowie usłyszą to. tu-tu-ru-tu-tu-ru-tu-TO.

muzyka do fristajlu niosąca falę – love
powrót mózgu Naieczka – LOVE!
osobisty doradca ds pląsów Rudego i osobisty doradca ds pląsów stopy – love!!!

było tak słodko-różowo-rycząco-rzygająco, że nawet nie wpadłam na to, że mój pieseł przestraszy się dziewczynek stojących przy polu i bawiących się tęczowymi sprężynkami, takimi O (klik). spłoszony, niczym łania na drodze szybkiego ruchu, Titeł wyparował, choć cieleśnie ewidentnie tam był. klapki na rudych polikach, mogiła. udało mi się dotrzeć do niego, ale czułam, ze granica jest cienka. przeżyliśmy pierwszą rundę super pro, rozglądając się, stresując i psując co się dało. bywa. smutek był. a chwilę póżniej przyszła miłość, bo mimo, że potwór zaatakował go srogi (żebyście wiedzieli do czego są zdolne takie sprężynki!) i kropki na łapach się trzęsły jak osika, to pracował. jakoś, ale pracował. ‚mamo, zrobie to, ale ochraniaj tyły i uważaj na siebie’. no jak go nie love?

co nam zostało w sobotę? fristajl w super open!
mówiąc, ze się nie stresowałam, skłamałabym. niemniej! był to stres przyzwoity, trochę bym rzekła, że mobilizujący, ooohhh LOVE! wyszliśmy na pole, rozłożyłam dyski, Titeł powiedział ‚mamo, tylko powiedz’ i powiedziałam.

rany, jak ja się jaram! było pięknie! lepiej niż sobie wyobrażałam! on pląsał, łapał, robił co miał robić, ja pląsałam, rzucałam, wiedziałam, co chcę zrobić. nie był to fristajl mojego życia, ale debiut, owszem. zrobiliśmy się kilka razy w balona ale będzie lepiej.

plan, jaki sobie założyliśmy wykonaliśmy ponad normę. cieszyłam się do końca dnia jak głupi do sera. rudego. maasdamera chociażby.
pierwszy fristajl

drugi dzień.

pierwszy start to toss do openów. nie ma o czym mówić w zasadzie. ja – częściowo pauka, on – częściowo pauka. nie love.
biorąc pod uwagę klasyfikację po pierwszym dniu, to daleko nie upadniemy :3

później zapowiadało się na ciąg dalszy wątpliwych przyjemności dystansowych, ale jednak czynniki zewnętrzne potrafią wiele zmienić. szepczące skrzaty. przecież to Książe, miałam nie myśleć za dużo tylko rzucać. no to rzuciłam. 19 punktów, lepiej. daruję sobie autodissa, powiem tylko, że jestem wdzięczna Q. łapał wszystko w pięknym stylu, pląsał, wracał, dał mi błogi spokój mózgowy w tej rundzie. 3 tygodnie przerwy, pieseł się gotuje, czacha paruje, a później przychodzi ten moment i jest i on, pan ideał. uzmysłowiło mi to, jak się spinałam w rundach z Naiem. jak absorbowałam tym, co robi, jak robi. z Q po prostu popłynęliśmy. LOVE!

w towarzystwie serduszek przytupaliśmy z Rudy z drugi fristajl. żadnych zmian, lekka poprawka na rzeczywistość po pierwszym występie. tak jak w sobotę nawet nie słyszałam muzyki w trakcie, tak w niedzielę zaczęły do mnie docierać otaczające nas odgłosy. o, rany, rany!

radośc ma nie zna granic! było lepiej, pomijając najbardziej gniotowatego overhanda w moim życiu :D tylko… ktoś mi podmienił psa! zamiast niepewnego Naieczka od tęczowych sprężynek pojawił się zdeterminowany Rudy Ron pragnący złapać każdy (prawie) dysk, pląsający tak, że nawet matka nie sądziła, ze tak umie i pomykający w stylu dzikiej, rudej gazeli! o, paczcie!(klik) LOVE! LOVE! LOVE!

dumna jestem niesłychanie, choć nie ukrywam, ze przełknęłam trochę goryczy patrząc na kartę, gdzie najwyżej punktowany mamy execution, a oceny za team wahają się między 1,5-1,79. myślę sobie jednak, że ogromnego zadowolenia nie odbierze nam nic i z dwojga złego lepiej w tę stronę. pierwsze koty za płoty, a przyszłość wygląda jak galaxy candy mountain – byle tylko nerki zostały na miejscu ;)

pisząc o Wrocławiu nie mogę nie wspomnieć o dzieciach Q – Sancie i Setusie. oboje odnieśli swoje własne, wielkie sukcesy!
Setus przepracował pięknie swoją rundę w super skupieniu,

Santa za to zadebiutowała w ładnym stylu ze świetną skutecznością!

serducho rośnie i mi i Qsławowi :))

rewelacyjne openowe fristajle to jedno, ale wielkie emocje wzbudziły we mnie rundy Wioli z Harrym i Agaty z Kejsi ze startersów. dziewczyny widzą dlaczego :)

tyle pozytywów i tylko troszkę foszków, chyba jednak… wrocLOVE!

ps.
jak mogło być inaczej skoro baterie ładowaliśmy tak:

/dumny hodowca, młody narybek, matkawszechczasów/

Advertisements

About agnieszkazq


One response to “Wroclove

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: