Daily Archives: 24 Sierpień 2015

dog games sopot!

kocham morze, kocham frisbee, dlatego zawody w Sopocie obdarzam wyjątkowym sentymentem. choć odbywają się corocznie od 8 lat to w tym roku, o mały włos, by ich nie było. jako dogfrizbofanatycy mamy niebywałe szczęście, że za organizację największych imprez w Polsce odpowiadają ludzie obdarzeni niebywała pasją i wytrwałością i dzięki nim mogliśmy kolejny raz wziąć udział w magicznych zawodach w magicznym miejscu – Aniu, Darku, jesteście wielcy!

na nadmorskie włajaże wybraliśmy się z Naikiem w towarzystwie pretendenta do tytułu Zastępcy Księcia Ciemności i jego giermka ;)
sopockie doggejmsy były nie lada gratką! nie dość, że trzydniowe zawody, kwalifikacje na finały światowe USDDN to jeszcze mnóstwo konkurencji dodatkowych i innych atrakcji m.in quadruped, speedway, agiraces!
jako, że zmagania rozpoczynały się od piątku to pierwszą okazję do postawienia stopy na plaży mieliśmy już w czwartek!

wspominałam już, że kocham morze? :D

pierwszy dzień zawodów to przede wszystkim quad, w którym robiłam za dzielnego kibica i speedway w którym wzięliśmy udział. Rudy czuł się fantastycznie, pląsał jak dziki jeż i osiągnął we wstępnych kwalifikacjach prędkość 42,7km/h!
zrelaksowaliśmy się, zaczerpnęliśmy atmosfery zawodów i pozostało nam czekanie na ciąg dalszy.

nadeszła sobota, a razem z nią piękna pogoda i właściwe, interesujące nas zmagania. na pierwszy ogień standardowo toss w którym mi się trochę skopało, Rudy dał czadu nie w tę stronę co potrzeba i zaowocowało to miażdżacym wynikiem 10 punktów… to, co stało się później nakłania mnie do skupienia na pozytywach więc muszę nadmienić, że czwarta strefka nie stanowiła problemu, a Naiek poza rozminięciem się z trzema dyskami pląsał radośnie i dumnie, walcząc nawet w przypadku kosiarek do samego końca! nie od razu Kraków zbudowano, a co nas nie zabije to nas… taaa… czytajcie dalej ;]

pomiędzy władaniem mikrofonem, a hopsaniem towarzyskim postanowiłam zabrać Rudego na spacerek połączony z rozgrzewką przed fristajlem. wynik próby wyszedł całkiem obiecujący więc wróciliśmy do namiotu i uznałam, że zostawię piesa koło siebie, niech się odchucha na świeżym powietrzu.
siedzimy zrelaksowani, morska bryza owiewa nasze loki, a ja powtarzam w myślach jeszcze raz nasz układ. wprowadziłam w nim zmiany po obozie z czeszkami. jako, że Vercia była jednym z sędziów, zależało mi, żeby wszystko poszło zgodnie z planem. wtem… dołącza do nas jeden ze znajomych, z którym Naiek dzień wcześniej się widział, cieszył do niego, rozdawał buziaczki… no i stało się. panika, dramat, Rudy dezerteruje. wpadł w kompletny amok i cały wystraszony próbował wyjść z szelek i udać się w tour de sopot. były próby przekonania go, że wszystko jest pod kontrolą ale ruda twarz jasno mówiła, ze albo on, albo Włodek. kolejne wyjścia z namiotu wiązały się z mocnym poddenerwowaniem i próbą ucieczki przed wszystkim, co wydawało mu się straszne, a – choć jeszcze wtedy tego nie wiedziałam – strasznym zaczynało być wszystko.
przed występem skorzystaliśmy ze zbawiennego wpływu Wełny na Naia i wypląsaliśmy na pole. choć szliśmy przed siebie czułam, że przed nami jest cienka granica. zawsze pisze o stresie przedfristajlowym związanym z tym czy wszystko wyjdzie, ale NIGDY nie był on związany z tym czy mój pies nie ucieknie. machnęłam łapką, zaczęła się muzyka, siupami z programem i… wszystko wyszło. wiem to, bo usłyszałam od pauonków po występie, ale sama z siebie pamiętam tylko wielkie napięcie związane z tym, co zrobi Naiek. elementy bliskie zagrały, były lekkie przycięcia na przejściach, robiąc zigzak widziałam jak Rudy całym sobą mówi ‚w tamtę stronę nie biegnę’, ale zrobiliśmy to!

Matka Włóczka przez cały freestyle dzielnie kibicowała podnosząc Rudego na duchu, pauonki piszczały, a ja nie pamiętam nic :P nie sądziłam, że tak bardzo ruszy mnie strach mojego psa, a już w ogóle, że będę sobie w stanie poradzić z sytuacją w trakcie występu. tym bardziej zaskoczona byłam słysząc słowa pochwały napływające z różnych stron, jak my to zrobiliśmy? nie wiem…
zbierając się tego dnia z pola Naiek dalej był czymś wybitnie poruszony, ale już bez takich skrajności. w aucie odpuścił, a w miejscu, w którym nocowaliśmy zajął się tym, co polubił w ostatnim czasie najbardziej czyli naparzaniem z Dudim…

niedziela była jednym wielkim znakiem zapytania. co się stanie, co zrobi Nai.
po dotarciu na miejsce zawodów zabrałam go na szybkie pląsy i wszystko wyglądało normalnie. pierwszy start, toss do open, wychodzimy na pole, oddaje jeden dysk sędziemu, a Titeł robi wielkie oczy twierdząc, że tak strasznego pana pierwszy raz widzi na oczy. przejście, tapy, szczekanie Włóczki, czuje, ze jest na kontakcie. rzucam, on biegnie, ale nie dogania dysku, a później zerka na sędziującą Vercie, tę samą, z którą jeszcze niedawno spędził 5 dni na obozie, z którą trenował i miział się bez opamiętania i widzę, że albo sama przyniosę sobie dysk z drugiego końca pola, albo to będzie koniec. w tym miejscu mam dobrą radę… nie ubierajcie crocsów nawet na tossa, serio ;]
jako, że bieganie jest czymś, co najwyżej lajkuje na fejsie, wracam zmachana, ale walczymy dalej, krótkie pląsy relaksujące dla Rudego i kolejny rzut do którego biegnie, a później zwalnia i pozwala dyskowi opaść na ziemie… walcze wokalnie i Naiek postanawia podjąć dysk, wraca do mnie, kolejne pląsy, do trzech razy sztuka… ładny rzut, pieseł pędzi i łapie! fajerwerki, wielka radość, szybki powrót, wielka nagroda, no to jedziemy dalej! rzucam kolejny dysk i tym razem moje emocje chyba się przelały, frizbiacz poszedł po palcach i leci tak, ze widzę, ze jest nie do złapania więc skupiam się tylko i wyłącznie na tym, by pies pracował. udaje się! dostaję jeszcze jedną szanse i w ostatnich sekundach rzucam na czwartą strefę, Naiek biegnie, skacze, łapie i wraca do mnie. ogromna radość ale i ogromny stres.
jest źle. nie mam pomysłu ani na to, o co mu chodzi, jak mu pomóc, ani tym bardziej, co zrobi następnym razem. przed nami jeszcze runda do Super Pro i start w Open, gdzie po pierwszej rundzie wylądowaliśmy na ósmej pozycji, ale nie mam wątpliwości, że wynik dystansowy wyjdzie nam bokiem. pierwsza myśl, odpuszczam tossa, ale po zastanowieniu postanowiłam poprosić o dyskwalifikację i wyjść i pobawić się z nim dyskami – jak spanikuje, wycofujemy się, jak będzie w miarę, będziemy myśleć co dalej.
na naszym starcie treningowym Naiek był niepewny, ale pracował. najpierw ukochane przez niego flipeczki, jakieś bliskie rzuty, później wplotłam w to dwa typowo dystansowe i zeszłam z pola. nie wiem z czym walczę, ale w tej rundzie wygrałam.
ostatni nasz występ nadszedł dość szybko, bo z porannym wynikiem 8,5pkt spadliśmy na czwarte od końca miejsce. spacer przed pokazał, że wszędzie czai się niebezpieczeństwo, tak przynajmniej twierdził Rudy. zadecydowałam, że pominę wszystkie elementy statyczne z naszego wstępu i po tym, jak usłyszałam muzykę zawołałam Naia z namiotu po czym przepląsaliśmy na środek i płynnie przeszliśmy do realizacji naszego planu.
nie wiem jak ten pies to zrobił, ale mimo potężnego lęku po prostu popłynął. wiedziałam już na co uważać na polu, gdzie rzucać, on czuł się pewniej, bo wiedział, co ma robić. zwiesiłam się przy jednym elemencie, Titeł nie złapał dwóch dysków jak poprzednio, ale czułam, ze w trakcie występu niesie nas fala. było naprawdę dobrze. gdy czas się skończył, potwory wróciły i nawet pomagający zbierać dyski Tim okazał się być groźny, że już nie wspomnę o ludziach stojących za banerami… na szczęście Naiek wie, że moje ręce zawsze są bezpiecznym miejscem więc zniosłam rudego bohatera z pola i poszliśmy odetchnąć z ulgą.

pierwszy raz w życiu zdarzyła mi się sytuacja, w której musiałam sobie radzić z tak potężnym i zupełnie nieoczekiwanym lękiem własnego psa. jestem z Naiem bardzo emocjonalnie związana dlatego nie był to dla mnie tylko problem sportowy czy wychowawczy. wiem jak to jest, gdy panicznie się czegoś boisz i najgorsze w tym wszystkim było dla mnie to, że nie umiem mu pomóc czy też pokazać, ze wszystko jest w porządku. cieszę się, ze ta relacja działa w obie strony i tym bardziej doceniam, że mimo wielkiego strachu zaufał mi swoim rudym rozumkiem i dał z siebie wszystko, a nawet więcej.

czym był wielki strach? nie mam zielonego pojęcia. nie chodziło ani o konkretną osobę, ani o tłum, dźwięki czy cokolwiek, co byłam w stanie zlokalizować. już w drodze powrotnej zachowywał się normalnie, na jednym z parkingów bawił się ze mną zrelaksowany, mijał ludzi, wszystko grało. chciałabym wiedzieć, co go tak bardzo poruszyło, ale z drugiej strony mam nadzieję, że już nigdy nie będzie nam dane się z tym spotkać.

za swój drugi występ dostaliśmy 35,68pkt i jest to najwyższa nota za freestyle jaką widziałam na swojej karcie. Naiek został oceniony na 9,65pkt na 10 możliwych, czapki z głów Rudy Ronie! ostatecznie awansowaliśmy na 10 miejsce. dalej trudno mi w to uwierzyć ;)

Sopot dał mi w tym roku ciężką lekcję, ale i tak… kocham morze!
atmosfera zawodów, znajomi i ich sukcesy, tona uśmiechów, stopy oblepione piaskiem, księżyc w pełni odbijający się od Bałtyku, pokonane potwory… NAIlepiej!