Category Archives: humor z zeszytów

dramat naiowych uszu w zbyt wielu aktach.

border to pies pracujący! stworzony by coś robić, a nie wygladać!

ja wiem, ja wszystko wiem, ale nie zmienia to faktu, że aspekt estetyczny jest dla mnie bardzo istotny. chcę, żeby pies, z którym mam żyć następne kilkanaście lat mi się podobał.
nie umiem wyjaśnić na czym to podobanie miałoby polegać, poza byciem Qsławem oczywiście, ale jest w psach pewne niezdefiniowane coś, co sprawia, że uznaję je za ładne. daleko mi do sympatyzowania z jakims konkretnym typem, bo czy to working, granting, szołek czy inny szałaput, w każdym z nich sa psy, które mi się podobają i są takie, które absolutnie nie. abstrahuję też od poprawności anatomicznej, chodzi raczej o ogólne wrażenie.

w każdym razie, wracając do myśli, o której chcę dziś napisać… jednym z czynników ładnego wyglądu są ładne uszy.
nie rozciapciane po całej głowie, nie stojące, no takie… kjułiczkowe :) lubię, gdy borderze uszy są wyżej załamane, ruchome i pasujące do psa.
wzięłam do siebie, ponad pół roku temu wyczekaną, puchatą kulke i ani to nie było takiego koloru jak trzeba, ani nie wyglądało jak wyglądać miało, pomyślałam – eh, chociaż uszy będą ‚po mojemu’ i to był początek końca…;)

Naiek miał sklejone uszy jeszcze przed wyjechanie do hodowcy, bo choć (teraz nie wiem jakim cudem) dopatrywałam się w nich pewnej lekkości, to jednak nie chciałam pozwolić ostatniemu elementowi do uratowania ponieść klęski.

nieszczęście rudego nie miało końca i w każdej wolnej chwili próbował coraz to nowych sposobów na pozbycie sie kontrukcji, co z kolei na mnie wymuszało jeszcze bardziej finezyjne sposoby na osiągnięcie postawionego sobie celu.

oglądałam zdjęcia, przekopywałam strony, szukałam filmów, a włosów na uszach i w ich najbliższej okolicy ubywało i ubywało…

były dwa momenty kulminacyjne, w sumie nawet ze soba powiązane.
gdy na naiowych uszach zostały dwa marne strzępki włosów postanowiłam, że nadszedł czas ostatniej próby i albo teraz się uda (glut miał wtedy 5 miesięcy) albo nie i… kuj.
odnalazłam sposób hodowczyni z usa, której wszystkie psy miały klejone uszy i w przypadku każdego osiągnęła zamierzony efekt. no to fru! najtrudniejszym okazało się wymyslenie co to w zasadzie znaczy ‚mołlskin’ i znalezienie alternatywy dla kleju lateksowego, ale chcieć znaczy móc i po wizycie w sklepie dla majterkowiczów oraz zapoznaniu się ze składem kleju do sztucznych rzęs przystapiłam do ostatecznego starcia. albo one, albo ja!
ostatnie kępki włosów zostały sklejone, igła z nitką wzmocniły konstrukcje, specjalnie wycięte wkładki do uszu przygotowane, teraz tylko klej i wszystko będzie grać!
tu nalezy się wtrącenie, że aby klej lateksowy ‚zadziałał’ nalezy odczekać bliżej nieokreślona chwilę gdy z ciekłego stanie sie lepki.
posmarowałam wkładki, czekam, czekam, czeeekaaam…. dotknęłam palcem i bardzo chciałam wierzyć, ze klej już jest lepki. cała konstrukcja powędrowała do ucha, później nastąpiła dłuższa chwila dociskania, masowania i gdy uznałam, że powinno byc ok, Nai postanowił się otrzepać, a wkładki lotem koszącym wylądowały na szafce. po drugiej stronie pokoju.
rozpacz moja nie znała granic, no nie da się tego opisać słowami… szczególnie, jak później usuwałam zaschnięte resztki kleju rozpaćkane dokumentnie po całych naiowych uszach.
ta sytuacja, w połączeniu z reakcją rudego na moją osobę+’to napewno klej w twoich rękach’ sprawił, że złożyłam oficjalną obietnicę wśrod braci wełniaczy, że chrzanię uszy, kocham rudego.

wszystko było pieknie

ponad dwa miesiące, rudy pląsał w pełni szczęścia, uszy powiewały, aż pewnego pechowego dnia… rozciął sobie łapę.
daruję sobie opisywanie dramatyzmu sytuacji, bo dalej mam ochotę zamordować każdego potencjalnego rozpierdzielacza butelek, ale istotny jest tu fakt, ze po wizycie u weta Naiek stał się Naio-lampką czyli otrzymał kołnierz.
istotne jest też to, że moje wcześniejsze starania o piękne uszy przyniosły pewien efekt, otóż ucho na długości mega się usztywniło, jednak stale drapana podstawa nie dawała radki i załamywała się, tworząc chyba najpaskudniejszą w moim mniemaniu wersję ‚dachówki’.
lekkie podniesienie ucha u nasady i przed oczami miałam wymarzony obraz. no dobra, ale co ma do tego kołnierz? otóż uszy w kołnierzu układały się tak, ze ich niska częśc była cały czas uniesiona. CAŁY CZAS! w związku z czym po zdjęciu kołnierza Naiek wyglądał absolutnie idealnie <3 przez jakieś 30 minut… następnych kilka chwil spędziłam na walce serca z rozumem w wyniku której rudy otrzymał kolejny stelaż.

protestował mniej. klejenie wytrzymało kilka tygodni. spróbowałam jeszcze raz i gdy w wyniku zabawy i ta konstrukcja padła, a uszy po dłuższej chwili wróciły mniej więcej do takiego stanu, jaki był 4 miesiące wcześniej moje nadzieje umarły. definitywnie.
miałam więc psa-nalesnika. pogodziłam się z tym, ba! nawet uznałam, że w gruncie rzeczy to z takim imidżem wygląda rozczulająco, bo nie ma już bezczelnego looku stojącouchego, aż tu nagle… uszy postanowiły, same z siebie, lekko doprowadzić się do porządku.

ok, nie jest to Qsław. ale nie ma też dachówki, choć w sumie, po całej ‚przygodzie’ stwierdzam, że bez względu na wszystko paniuni titutek to paniuni titutek!

rachunek sumienia, żal za grzechy, postanowienie poprawy, co złego to nie ja!


Animibox czyli pełna szczęścia paka dla twojego psiaka :)

jakiś czas temu dostałam propozycję, choć może powinnam napisać, ze moje psy dostały propozycje ;), wzięcia udziału w testach pudełka Animibox.

na czym cały bajer polega?
z założenia Animibox jest takim ‚jajkiem z niespodzianką’ z tym, że dla psów. jest to paczka, której zawartości dokładnie nie znamy, wiemy tylko, że w środku znajdą się przysmaki i gadżety dla naszych czworonożnych pupili. na każdy miesiąc przypadać będzie jedna paczka, a my możemy zamówić je jednorazowo bądź w kilkumiesięcznych abonamentach. przesyłki dostarczane są kurierem, a w środku każdej z nich znajdziemy 5-7 produktów pełnowymiarowych bądź miniatur, które mają sprawić radość naszemu psu. więcej szczegółów znajdziecie z pewnościa na stronie animibox.pl a ja chcę Wam przedstawić wyniki testów dokonanych przez niezależnych specjalistów 8)

dla ciekawskich, cała paczucha wyglądała tak:

od lewej chustka Jagnie Craft, ciasteczka wątróbkowe Doggy BioCakes, spray Animal Dent do higieny zębów, szampon Dogs Premium mini, zabawka dziki ptak Happy Pets, musy Fish4Dogs.

do badań przystąpili:

senior champion Zelówka Jamnikomistrzyni, która bezpośrednio po zapoznaniu się z materiałem badawczym ustanowiła dzikiego ptaka absolutnym numerem jeden. po chwili zastanowienia i po dokładnym wywęszeniu dotarły do niej jednak wątpliwości, gdyż odkryła kuszące saszetki z rybą i ciasteczka wątróbkowe, które uznała za godnych konkurentów zabawki.

po spałaszowaniu części postanowiła wypromować jednak preparat do higieny zębów gdyż wiek, sami rozumiecie, zobowiązuje… ;)

kolejny specjalista to dr Qsław Owczarek, znany w pewnych kręgach jako Książe Ciemności. podzielił on zdanie swojej koleżanki po fachu dotyczące dylematu ‚jeść czy się bawić’ i aby rozwiązać go, postanowił wykonać dokładniejsze badania. profesjonalny sprzęt i nowoczesna technologia okraszone niebywałym doświadczeniem dr Owczarka jasno wskazały dzikiego ptaka jako zwycięzcę!

z racji powiązań rodzinnych, nasz specjalista przedstawił opinię swojej matki, będącej w lekkiej niedyspozycji, która szczególną uwagą obdarzyła ręcznie robione ciasteczka wątróbkowe. odpowiednia wielkość na jeden kęs damy, niezapomniany smak i 0% cukru to jest to, co urzekło Matronę Cienia. a że niedaleko pada jabłko od jabłoni, Qsław też wyraził zainteresowanie ;)

naszym fachowcom asystował początkujący lecz wybitnie obiecujący laborant Ronaiek. starał się przeanalizować całą zawartość pudełka z należytą starannością jednak mamy przypuszczenia, że na jego werdykt miała wpływ troska o własny imidż, czyżby miał coś do ukrycia…?

ostatni element naszego opiniotwórczego zespołu to białogłowa respondentka, która nie może się poszczycić dokonaniami naukowymi, ale za to ładnie jej z oczu patrzy…:)) przy otwieraniu pudełka ekscytacja Madame Le Zamsz osiągnęła maksymalny poziom i może dlatego nie zwróciła większej uwagi na kuszące smakołyki, nie miała też siły przebicia aby uzyskać od dr Owczarka dzikiego ptaka do testów. postanowiła więc z nieskrywaną sympatią zgodzić się z laborantem i za najlepszy element pudełka uznała szykowną chustkę, z modnymi w sezonie jesień/zima 2013 odblaskowymi elementami.
może to jej urok, może to Jagnie Craft!

niezależny obserwator, w mojej własnej osobie, być może z powodu braku dostatecznych kompetencji ;), postanowił wstrzymać od głosu jeśli chodzi o wybieranie faworyta.
pudełko jest bardzo fajnym pomysłem na zrobienie swojemu psu/psom niespodzianki (a mikołaj już tuż, tuż…), gwarantuje mały dreszczyk emocji związanych z oczekiwaniem na nie i odkrywaniem jego zawartości. wielu psich miłośników lubi dogadzać swoim pupilom i myślę, ze Animibox będzie do tego dobrym środkiem. szczególnie podoba mi się idea dołączania do niego produktów wysokiej jakości, bo przecież każdy z nas chce dla swojego psa tego, co najlepsze :)

ps. testy szamponu dopiero przed nami, ale na razie brak chętnych…


ukryta prawda.

cześć, jestem Nai. podobno już to wiecie więc na wstępie macie +10 do fajności.

byłem tu jakiś czas temu, podobało mi się i dlatego wracam.
wszyscy mi mówią, że rosne, ale ja jestem już od dawna duży, tylko ciocia Zelówka maleje. sądzę, że to jakiś spisek.

o czym to ja chciałem…?

a, już pamiętam! podobno jestem księciem.
nie wiedziałem co to znaczy więc zapytałem tego ładnego, bo słyszałem, że on też nim jest.
wymruczał, ze się różnimy, bo on jest księciem ciemności, a ja marnej rudości.

myślę sobie, że skoro Zamsz jest plebsem, a ciocia Zelówka księżniczką – tak mówi pańcia – to chyba fajnie, że ja jestem księciem.
tylko co to znaczy ‚marnej rudości’?!

nie będę się prosić tego dużego o tłumaczenie więc popląsałem do cioci Cukier.
ona jest fajna i można ją obgryzać toteż pozwoliłem sobie na chwile słabości. zapomniałem, po zabawie, po co w zasadzie przyszedłem więc żeby nie robić sobie siary, postanowiłem jednak zapytać Zelówki.

gdy już wywarczała się na mnie tak bardzo, że ochrypła, mogłem wyjaśnić o co mi chodzi.
powiedziała mi w tajemnicy, że rudość tak naprawdę jest najważniejsza, bo dodaje lansu i pokazała własne policzki. troche wyblakłe, moje fajniejsze, ale…

skoro ciocia Zelówka jest księżniczką rudości, a ja jej księciem, to co ten wyniosły sierściuch wyskakuje z marnością?!
no słyszałem, że podobno nauczył się skakać, ale jak ja będę taki stary jak on to też będę umiał.

komu pańcia mówi, że jest najsłodszym susełkiem?!
na czyje siuśki się cieszy?!
kto dostaje najwięcej ciasteczek wątróbkowych, no kto?!

niech się wypcha swoją suchą karmą symetryczny czarno-bieluch!
jeszcze będzie chciał pożyczyć mojego lewka…tyle zobaczy!
uh, aż się za-hu-hau-em.

mam swoje rude brwi i nie zawaham się ich użyć!

podpisano
Książe Hejtu i Rudości.


w telegraficznym skrócie.

zaklinałam wiosne bardzo długo, a jak już przyszła, to nie ma na nic czasu ;)

początek kwietnia, nikt już nie miał nadziei, że nadejdą słoneczne dni… zima robiła nas profesjonalnie w… no właśnie.
co się robi w tak beznadziejnych przypadkach? odpowiedź jest prosta! należy pojechać w magiczne miejsce i odprawić odpowiednie rytuały :)
pierwszy weekend kwietnia upłynął nam w Annówce! jadąc tam, na warsztaty fotograficzne, przedzieraliśmy się przez śnieg i lód, wyjeżdżając, srebrna szczała radośnie pląsała w błocie :)

w ramach pamiątki, od wspaniałych uczestników mamy zacne foteczki!

drugi weekend był terminem pierwszego LADC w Gliwicach.
pogoda zaczęła działać w przyspieszeniu i choć do tropików było daleko, to śniegu, mrozu, paskudności nie uświadczyliśmy.
zamiast nich były cztery wspaniałe grupy,które dzielnie pracując naładowały mnie ogromem pozytywnej energii. bardzo fajnie spędzony czas, choć regenerowałam się później kilka dni… ;)

trzeci tydzień frizbowo-psiowo wolny, ale nie tylko tym człowiek żyje.

trzeba było przede wszystkim zbierać energię na maraton, który rozpoczął się 25ego od odwiedzin w puczilandii. wieczorem rozpływanie się nad szczeniaczkami, a następnego dnia odwiedziliśmy seminarium agility z Iwoną Gołąb.
ale fajnie było być obserwatorem! posłuchać hopeczkowych mądrości, pogadać z ludźmi, poobijać się no i, nieskromnie dodam, popodziwiać geniusz swojego psa :)) spokojnie – frizbowy oczywiście!
z placu wróciliśmy w czerwone ciapki, gdyż! słońce prażyło! to pierwszy taki dzień w tym roku, w który nie ma wątpliwości, że niedługo będzie lato :)

mówiłam, że będzie maraton? mówiłam. po 19ej ruszyliśmy w stronę Gdańska.
podróż była chrztem bojowy naszej wytrzymałości. wstępnym oczywiście.
nad morzem, jak to nad morzem, ciut chłodniej, jakieś 20st różnicy w stosunku do dnia wcześniejszego. śmieszne uczucie chować pod kurtką i szalikiem spieczoną skórę…
sobota upłynęła pod znakiem chłodu więc na niedzielę uzbroiłam się w super ciepłe ubrania i jak nie trudno się domyślić, świeciło wtedy słońce :) uczestnicy byli bardzo dzielni i w oba dni starali się bardzo mocno!

przy okazji LADC w Trójmieście nie sposób nie wspomnieć o wesołej rozmowie z panią z hostelu, w którym się zatrzymaliśmy, z której wynika, że 5 psów i 3 osoby – to nie jest normalne!

„ale one nie śpią na łóżkach!”

życzę każdej firmie oferującej usługi noclegowe zastawania takiego porządku w pokojach gości, jaki zostawiliśmy po naszej trójce i pięciu krwiożerczych bestiach :))

tym optymistycznym akcentem kończę telegraficzny skrót kwietnia, bo majówka…. to w końcu MAJówka ;)


kształtowanie, moja miłość.

miłość, wystawiona obecnie na próbę.

uwielbiam pracować z psem w ten sposób. dawać mu wolną łapę na działanie, korzystać z jego kreatywności i stopniowo dochodzić do pożądanego zachowania. obserwowanie całego procesu ‚twórczego’ sprawia mi naprawdę dużą przyjemność i napawa dumą.

pisałam już wielokrotnie o tym, że staram się psy traktować na równi. jeśli idę na frisbee czy robię sesje smaczkowe, to ze wszystkimi w podobnym czasie. ostatnio jednak, moje suki zawiązały chyba potajemny pakt wyciętych macic i testowały moją wytrzymałość.

przykład z dziś:

sesja śniadaniowa pt ‚zróbmy coś banalnego na rozgrzewkę’.
klikałam im już różne rzeczy, łatwiejsze i trudniejsze, naprawdę SĄ kreatywne. w różnym stopniu, ale są i wiedzą o co chodzi w tej zabawie.
nigdy, do tej pory, nie robiliśmy wrzucania przedmiotów do pudełka, ale biorąc pod uwagę wcześniejsze zdanie, uznałam, że pójdzie jak z płatka. wzięłam piłki tenisowe, które dobrze znają.

i co?

Zelówka. burcząc i wyrcząc zajmowała się głównie wymuszaniem i napierdzielaniem łapami po mnie, raz na jakiś czas biorąc piłkę do pyska czy nawet wrzucając ja do miski, ale niestety, po przeżuciu karmy jej umysł sie resetował.

Zamsz. białogłowa… hm. jeśli pominąć fakt, że ona POTRAFI brać różne rzeczy w zęby, to sesja przebiegła całkiem nieźle. jak na nią. dość szybko przestała powtarzać wcześniej nagradzane zachowania, koncentrując sie na targetowaniu piłki nosem, a później zębami (wtf?!). niestety wzięcie jej do pyska okazało się niemożliwe, dlatego zakończyłyśmy na względnym sukcesie wpychania sobie piłki na dalsze zęby. jeszcze pięćdziesiąt dwie sesje i JEST SZANSA, że moooże wpadłaby na to, o co chodzi.

Cukier. zgodnie z ostatnimi trendami Cukier dostał swoje żarcie w misce za nic, gdyż zwiększające się ciśnienie wewnętrzne w 9 przypadkach na 10 oddziałuje również na pęcherz…

jak wyglądała sesja z perspektywy Q?

przychodzi. dostaje smaczka. kładę piłkę na podłodze. trąca ją nosem. dostaje smaczka. bierze w pysk. dostaje smaczka. trąca łapą. cisza. bierze w pysk i podchodzi do mnie. smaczek. podchodzi znowu z piłką w pysku, podstawiam miskę, po chwili wypuszcza zabawkę. dostaje smaczka. kładę piłkę w różnych miejscach, namierza ją, przynosi, wrzuca do miski. smaczki, smaczki, smaczki.

rozpuścił mnie czy jestem damską wersją męskiej szowinistycznej świni? ;)


dramat w pięciu aktach.

post (30.01.2008) przeniesiony z pierwszego bloga, ale z racji wyjątkowe sentymentu do zdjęć, szczególnie z perspektywy czasu i zmian, które zaszły w psach ;) myślę, ze będzie mi to wybaczone.

Czekoś i Qsław.
zrównoważone, spokojne psy.

co tam chowasz przede mną?

o nie! ta żaba to moja miłość! jak mogłaś ją obgryźć?

teraz nie ma przeproś! stań i walcz jak…. border collie!

hmmm… całkiem niezła ta czekolada w smaku

oj dzieci, dzieci…;)

w rolach głównych:
zakochany i nieobliczalny Q
nienażarta i dramatyczna Czekoś
oraz
niechcąca mieć z tym wszystkim nic wspólnego Mayday

the end.


o tym jak Qsław próbował zrobić pańcię w kuja…

w życiu każdego psa przychodzi taki moment, że należy go wykąpać.
z racji, że moje burki sypiają w łóżku, ten moment spotyka je często. nie przepadają za tym, ale starają się znosić to z godnością.

przerabiałam już pranie czterech psów na raz, ale to chyba nie ma moje stare kości…;)

Zelówka, Cukier i Zamsz czyste, cóż, pozostał Qsław.

kąpu-kąpu, szuru-buru.
pies nieszczęśliwy, ale za to czysty. wycieram go w ręcznik, daje się otrzepać i sru do klateczki.
okna oczywiście pozamykane, w mieszkaniu dość ciepło, niech sobie schnie powoli.

po jakimś czasie z klatki dochodzi mnie mruczenie. nie jęczenie, nie piszczenie, tylko cichy, jednostajny pomruk.

nosz kobieto! zniosłem szorowanie? zniosłem.
zniosłem stanie w wannie z odżywką? zniosłem.
miejże serce i wypuść poczciwego!

zaglądam do klatki, leży z głową nisko.
pewnie mu zimno, myślę.
podreptałam do magicznej szafeczki, wyjęłam niezbędne akcesoria, przygotowałam miejsce… proszę Szymka, by wypuścił gamonia z klatki.
leci!
pędzi!
radość jego nie zna granic!

wolny! wolny! w końcu wolny!
może i mokry, ale czuję powiew wolności w falującej grzywie yeeeaaah!
posłanie! o! może się wytarzam!

– Kjułiiiiczeeeek, chodź do paniuni! – wołam bestię zanim wpadnie na pomysł wlezienia na łóżko.

no! w końcu dobra myśl kobieto!
tylko, żeby to ciastko było duże i pyszne! należy mi się za te męki!
na pewno dostanę coś dobrego, w końcu byłem taki dzielny!

pędzi niczym chart ze smyczy!
wpada do przedpokoju i… hamuje prawie jak w kreskówce disneya.

zaraz! moment! ale co tutaj robi suszarka…?!?!

– no chodź szybciutko, pańcia Cię kooooochaaaa ;>

za jakie grzechy ja się pytam…