Category Archives: sportowo

dog games sopot!

kocham morze, kocham frisbee, dlatego zawody w Sopocie obdarzam wyjątkowym sentymentem. choć odbywają się corocznie od 8 lat to w tym roku, o mały włos, by ich nie było. jako dogfrizbofanatycy mamy niebywałe szczęście, że za organizację największych imprez w Polsce odpowiadają ludzie obdarzeni niebywała pasją i wytrwałością i dzięki nim mogliśmy kolejny raz wziąć udział w magicznych zawodach w magicznym miejscu – Aniu, Darku, jesteście wielcy!

na nadmorskie włajaże wybraliśmy się z Naikiem w towarzystwie pretendenta do tytułu Zastępcy Księcia Ciemności i jego giermka ;)
sopockie doggejmsy były nie lada gratką! nie dość, że trzydniowe zawody, kwalifikacje na finały światowe USDDN to jeszcze mnóstwo konkurencji dodatkowych i innych atrakcji m.in quadruped, speedway, agiraces!
jako, że zmagania rozpoczynały się od piątku to pierwszą okazję do postawienia stopy na plaży mieliśmy już w czwartek!

wspominałam już, że kocham morze? :D

pierwszy dzień zawodów to przede wszystkim quad, w którym robiłam za dzielnego kibica i speedway w którym wzięliśmy udział. Rudy czuł się fantastycznie, pląsał jak dziki jeż i osiągnął we wstępnych kwalifikacjach prędkość 42,7km/h!
zrelaksowaliśmy się, zaczerpnęliśmy atmosfery zawodów i pozostało nam czekanie na ciąg dalszy.

nadeszła sobota, a razem z nią piękna pogoda i właściwe, interesujące nas zmagania. na pierwszy ogień standardowo toss w którym mi się trochę skopało, Rudy dał czadu nie w tę stronę co potrzeba i zaowocowało to miażdżacym wynikiem 10 punktów… to, co stało się później nakłania mnie do skupienia na pozytywach więc muszę nadmienić, że czwarta strefka nie stanowiła problemu, a Naiek poza rozminięciem się z trzema dyskami pląsał radośnie i dumnie, walcząc nawet w przypadku kosiarek do samego końca! nie od razu Kraków zbudowano, a co nas nie zabije to nas… taaa… czytajcie dalej ;]

pomiędzy władaniem mikrofonem, a hopsaniem towarzyskim postanowiłam zabrać Rudego na spacerek połączony z rozgrzewką przed fristajlem. wynik próby wyszedł całkiem obiecujący więc wróciliśmy do namiotu i uznałam, że zostawię piesa koło siebie, niech się odchucha na świeżym powietrzu.
siedzimy zrelaksowani, morska bryza owiewa nasze loki, a ja powtarzam w myślach jeszcze raz nasz układ. wprowadziłam w nim zmiany po obozie z czeszkami. jako, że Vercia była jednym z sędziów, zależało mi, żeby wszystko poszło zgodnie z planem. wtem… dołącza do nas jeden ze znajomych, z którym Naiek dzień wcześniej się widział, cieszył do niego, rozdawał buziaczki… no i stało się. panika, dramat, Rudy dezerteruje. wpadł w kompletny amok i cały wystraszony próbował wyjść z szelek i udać się w tour de sopot. były próby przekonania go, że wszystko jest pod kontrolą ale ruda twarz jasno mówiła, ze albo on, albo Włodek. kolejne wyjścia z namiotu wiązały się z mocnym poddenerwowaniem i próbą ucieczki przed wszystkim, co wydawało mu się straszne, a – choć jeszcze wtedy tego nie wiedziałam – strasznym zaczynało być wszystko.
przed występem skorzystaliśmy ze zbawiennego wpływu Wełny na Naia i wypląsaliśmy na pole. choć szliśmy przed siebie czułam, że przed nami jest cienka granica. zawsze pisze o stresie przedfristajlowym związanym z tym czy wszystko wyjdzie, ale NIGDY nie był on związany z tym czy mój pies nie ucieknie. machnęłam łapką, zaczęła się muzyka, siupami z programem i… wszystko wyszło. wiem to, bo usłyszałam od pauonków po występie, ale sama z siebie pamiętam tylko wielkie napięcie związane z tym, co zrobi Naiek. elementy bliskie zagrały, były lekkie przycięcia na przejściach, robiąc zigzak widziałam jak Rudy całym sobą mówi ‚w tamtę stronę nie biegnę’, ale zrobiliśmy to!

Matka Włóczka przez cały freestyle dzielnie kibicowała podnosząc Rudego na duchu, pauonki piszczały, a ja nie pamiętam nic :P nie sądziłam, że tak bardzo ruszy mnie strach mojego psa, a już w ogóle, że będę sobie w stanie poradzić z sytuacją w trakcie występu. tym bardziej zaskoczona byłam słysząc słowa pochwały napływające z różnych stron, jak my to zrobiliśmy? nie wiem…
zbierając się tego dnia z pola Naiek dalej był czymś wybitnie poruszony, ale już bez takich skrajności. w aucie odpuścił, a w miejscu, w którym nocowaliśmy zajął się tym, co polubił w ostatnim czasie najbardziej czyli naparzaniem z Dudim…

niedziela była jednym wielkim znakiem zapytania. co się stanie, co zrobi Nai.
po dotarciu na miejsce zawodów zabrałam go na szybkie pląsy i wszystko wyglądało normalnie. pierwszy start, toss do open, wychodzimy na pole, oddaje jeden dysk sędziemu, a Titeł robi wielkie oczy twierdząc, że tak strasznego pana pierwszy raz widzi na oczy. przejście, tapy, szczekanie Włóczki, czuje, ze jest na kontakcie. rzucam, on biegnie, ale nie dogania dysku, a później zerka na sędziującą Vercie, tę samą, z którą jeszcze niedawno spędził 5 dni na obozie, z którą trenował i miział się bez opamiętania i widzę, że albo sama przyniosę sobie dysk z drugiego końca pola, albo to będzie koniec. w tym miejscu mam dobrą radę… nie ubierajcie crocsów nawet na tossa, serio ;]
jako, że bieganie jest czymś, co najwyżej lajkuje na fejsie, wracam zmachana, ale walczymy dalej, krótkie pląsy relaksujące dla Rudego i kolejny rzut do którego biegnie, a później zwalnia i pozwala dyskowi opaść na ziemie… walcze wokalnie i Naiek postanawia podjąć dysk, wraca do mnie, kolejne pląsy, do trzech razy sztuka… ładny rzut, pieseł pędzi i łapie! fajerwerki, wielka radość, szybki powrót, wielka nagroda, no to jedziemy dalej! rzucam kolejny dysk i tym razem moje emocje chyba się przelały, frizbiacz poszedł po palcach i leci tak, ze widzę, ze jest nie do złapania więc skupiam się tylko i wyłącznie na tym, by pies pracował. udaje się! dostaję jeszcze jedną szanse i w ostatnich sekundach rzucam na czwartą strefę, Naiek biegnie, skacze, łapie i wraca do mnie. ogromna radość ale i ogromny stres.
jest źle. nie mam pomysłu ani na to, o co mu chodzi, jak mu pomóc, ani tym bardziej, co zrobi następnym razem. przed nami jeszcze runda do Super Pro i start w Open, gdzie po pierwszej rundzie wylądowaliśmy na ósmej pozycji, ale nie mam wątpliwości, że wynik dystansowy wyjdzie nam bokiem. pierwsza myśl, odpuszczam tossa, ale po zastanowieniu postanowiłam poprosić o dyskwalifikację i wyjść i pobawić się z nim dyskami – jak spanikuje, wycofujemy się, jak będzie w miarę, będziemy myśleć co dalej.
na naszym starcie treningowym Naiek był niepewny, ale pracował. najpierw ukochane przez niego flipeczki, jakieś bliskie rzuty, później wplotłam w to dwa typowo dystansowe i zeszłam z pola. nie wiem z czym walczę, ale w tej rundzie wygrałam.
ostatni nasz występ nadszedł dość szybko, bo z porannym wynikiem 8,5pkt spadliśmy na czwarte od końca miejsce. spacer przed pokazał, że wszędzie czai się niebezpieczeństwo, tak przynajmniej twierdził Rudy. zadecydowałam, że pominę wszystkie elementy statyczne z naszego wstępu i po tym, jak usłyszałam muzykę zawołałam Naia z namiotu po czym przepląsaliśmy na środek i płynnie przeszliśmy do realizacji naszego planu.
nie wiem jak ten pies to zrobił, ale mimo potężnego lęku po prostu popłynął. wiedziałam już na co uważać na polu, gdzie rzucać, on czuł się pewniej, bo wiedział, co ma robić. zwiesiłam się przy jednym elemencie, Titeł nie złapał dwóch dysków jak poprzednio, ale czułam, ze w trakcie występu niesie nas fala. było naprawdę dobrze. gdy czas się skończył, potwory wróciły i nawet pomagający zbierać dyski Tim okazał się być groźny, że już nie wspomnę o ludziach stojących za banerami… na szczęście Naiek wie, że moje ręce zawsze są bezpiecznym miejscem więc zniosłam rudego bohatera z pola i poszliśmy odetchnąć z ulgą.

pierwszy raz w życiu zdarzyła mi się sytuacja, w której musiałam sobie radzić z tak potężnym i zupełnie nieoczekiwanym lękiem własnego psa. jestem z Naiem bardzo emocjonalnie związana dlatego nie był to dla mnie tylko problem sportowy czy wychowawczy. wiem jak to jest, gdy panicznie się czegoś boisz i najgorsze w tym wszystkim było dla mnie to, że nie umiem mu pomóc czy też pokazać, ze wszystko jest w porządku. cieszę się, ze ta relacja działa w obie strony i tym bardziej doceniam, że mimo wielkiego strachu zaufał mi swoim rudym rozumkiem i dał z siebie wszystko, a nawet więcej.

czym był wielki strach? nie mam zielonego pojęcia. nie chodziło ani o konkretną osobę, ani o tłum, dźwięki czy cokolwiek, co byłam w stanie zlokalizować. już w drodze powrotnej zachowywał się normalnie, na jednym z parkingów bawił się ze mną zrelaksowany, mijał ludzi, wszystko grało. chciałabym wiedzieć, co go tak bardzo poruszyło, ale z drugiej strony mam nadzieję, że już nigdy nie będzie nam dane się z tym spotkać.

za swój drugi występ dostaliśmy 35,68pkt i jest to najwyższa nota za freestyle jaką widziałam na swojej karcie. Naiek został oceniony na 9,65pkt na 10 możliwych, czapki z głów Rudy Ronie! ostatecznie awansowaliśmy na 10 miejsce. dalej trudno mi w to uwierzyć ;)

Sopot dał mi w tym roku ciężką lekcję, ale i tak… kocham morze!
atmosfera zawodów, znajomi i ich sukcesy, tona uśmiechów, stopy oblepione piaskiem, księżyc w pełni odbijający się od Bałtyku, pokonane potwory… NAIlepiej!

Reklamy

może to ich urok…

a może to Poznań!

znowu się wzięło i bezczelnie skomasowało, ale tym razem czuje się usprawiedliwiona.. Wielkopolska nas wciągnęła!

nasz ‚prawiewakacje’ rozpoczęły się od poznańskich zawodów, opowieść musi sięgnąc jednak chwile wcześniej.
wspominałam, że przed wrocławskim DCDC Qsław dostał zielone światło na pląsy, toteż trudno się dziwić, że miałam wobec niego niecne zamiary obejmujące udział w Super Open, ostatnia szansa na kwalifikacje, w ogóle na taki występ w tym roku. poszliśmy na trening. i drugi. i trzeci. chwyty były, ale z lekka nutka desperacji, vaulty zrobiły mi ała, lekki strajk przy multiplach w stójce. macam tego księcia, obserwuję, niby wszystko gra, ale jednak. niuanse, totalne niuanse mówią mi, że gdzieś zgrzyta i to tylko dlatego, że WIEM, że coś z kjułikowymi pleckami jest nie tak. normalnie zrzuciłabym to na gorszą falę. burza mądrych mózgów wysnuła przypuszczenie o spadku kondycji mięśniowej w trakcie ostatniego przymusowego więzienia. no, trudno, poczekamy-zobaczymy, czas pokaże czy przykokszenie pomoże. czasu było zbyt mało by ułożyć nowy fristajl bazujący na samych rzutach więc z bólem serca i łezka w oku odpuściliśmy kreatywne pląsy ograniczając się udziału w toss&fetch.

przejdźmy zatem do sedna – zawody!
Titeł zmiennym psem jest. raz płynie z lekkością najbardziej wyrafinowanej primadonny, raz spada niczym klopsowaty… 8 tygodniowy rudy ron? ;-) plan był taki, by dobrze się bawić i nie zaleźć sobie wzajemnie za skórę, ale gdzieś tam, z tyłu głowy była myśl, że to ostatnia kwalifikacja na finały w tym roku… jakby tak zdobyć ją uczciwie, jako jeden z 15 najlepszych, a nie, że przeszła czy coś? hm. jak dobrze mu rzucę, to jest szansa, że on dobrze coś zrobi, a wtedyyyyy… nie zapeszajmy!

powiem tak, było zdziwko! pierwszy dwa tossy dały mi w sumie 39,5pkt a to oznacza, że ja rzucałam, a burasy łapały!
występ z Qsławem, oh! takie rzeczy to tylko w Poznaniu! płynność moich marzeń, książęce pląsy, rzuty kawałek przed czwóreczką, ale za też – nie da się nie cieszyć!
Naieczek wkroczył na pole jak stary wyjadacz, twarz mu stężała w wielkim skupieniu, rzut kontrolny pięknie wyłapany, dalej szaleliśmy! nie było najmniejszych śladów wrocławskich rozproszeń, wiedział po co przyszedł, pędził, łapał, wracał jak dziki. koncentracja na zadaniu tak mnie pochłonęła, że nawet nie zarejestrowałam wyniku, by później, przy tablicy spłynęła na mnie różowa chmurka z krewnymi czarliego – 20 punktów! mój najdzielnieszy, rudy zawodnik <3

był jeszcze fristajl, taki, o. stres mnie nie zeżarł tylko mózgojad, w związku z czym na pewnym etapie występu w mojej głowie pojawiła się wielka pustka, na szczęście tylko na chwile ;) łapalność spoczko, elementy spoczko, płynność mogłaby być lepsza. szału w jedną czy w drugą stronę nie odnotowałam.

drugi dzień przyniósł same niespodzianki – Qsław pierwszy raz w tym roku złapał fazunie odbijając zebami dwa dyski. zostało mu jednak wybaczone, przecież to Książe…

rzucało mi się całkiem przyzwoicie, pewnie przez magię grzywy sędziego ;) uzbieraliśmy w sumie 34pkt co dało nam 36 miejsce na 112 zawodników.
Naiek za to szalał dalej! najpierw openowy tossik ze skopanym jednym rzutem przeze mnie, jedną trójeczką, reszta – czwarta strefa! przy ostatnim dysku Rudego trochę poniosło i się mu przestrzeliło, niemniej… zdobyliśmy 17 pkt, trikolorowe poliki świeciły, a moje serce dumnie puchło! w rundzie do Super Pro wynik dość podobny – 17,5pkt 22 miejsce w ostatecznej klasyfikacji i… kwalifikacja na finały! tego się nie spodziewałam :D

przyszedł ostatni występ, fristajl na którym oddycham z ulgą po zmaganiach dystansowych, pewna swoich umiejętności, czuję się w nim duuużo lepiej. to był czwarty raz, kiedy prezentowaliśmy swój układ na zawodach. pierwszy z tak dużą świadomością. powiedzieć, że Naiek stanął na wysokości zadania, to za mało w tym przypadku.

<img src="

mój mały, rudy glut zachowywał się jak stary wyjadacz ratując mi momentami tyłek. przed zawodami marudziłam, że jest jeszcze na tyle zielony, że nie radzi sobie w trudnych (frizbowo) sytuacjach.

TFUTFUTFU, cofam to! było pięknie! nie rudełkowo-titutkowo-pięknie tylko obiektywnie. zdobyliśmy 35,39 pkt i był to szósty najwyżej oceniony freestyle. WOW!  po wrocławskich notach to wyjątkowo miłe, szczególnie przy tak mocnej stawce. koniec końców wylądowaliśmy na 15 miejscu czyli na pełnym legalu zdobyliśmy kwalifikację i tym samym Naiek będzie mógł sie wylaszczyć na finałach nie tylko w Super Pro ale i Super Open!

filmik z zawodów autorstwa Julii Zaborowskiej:

następny punkt programu to annówkowy obóz, który kolejny już rok prowadziłyśmy razem z Paulą. w tym roku słońce nas dopieściło aż za bardzo, ale wszyscy dzielnie walczyliśmy o to, by z placu schodzić, nie spływać ;)

ponieważ grupa w przewadze (!) składała się z nie-borderów tym większy należy im się za to szacun!

Naiek wytrwale użyczał mi swoich umiejętności w ramach demo, a reszta stadka czerpała garściami z bliskości lasu i wody – Annówka, ah Annówka!

po odlocie krótki powrót do Poznania, życie łowcy okazji, a później to, na co czekaliśmy od zeszłego roku… obóz z czeskimi koksami, czyli Lucką i Vercią!

rok temu w zajęciach udział brał głownie Q, Nai zaliczył chyba 2 sesje z racji, że dopiero stawiał pierwsze, frizbowe kroki po operacji, teraz jednak miał dziewczyny na swoją wyłączność :D
to było 5 mega intensywnych dni! frisbee od rana do wieczora, inspirujące treningi z psami, merytoryczne dyskusje i analizy filmików, a na dobitke gry, zabawy i pląsy <3

dostaliśmy z Rudy pochwałę za duży postęp, która wiele dla mnie znaczy. dziewczyny rewelacyjnie wpisują się swoim podejściem do tematu w moją wizję więc bardzo cieszę się, ze dały mi świeże spojrzenie na nasze pląsy. Naiek chyba wyczuł powagę sytuacji bo pokazał się z absolutnie najlepszej strony. jeśli chodzi o mnie to cieszę się przede wszystkim z dwóch rzeczy: po pierwsze przeżyłam, a to wcale nie było oczywiste (rok temu już drugiego dnia ledwo się ruszałam :P )

po drugie, dostałam okejke z pracy nad tossem. wróciliśmy z masą pomysłów, naładowani motywacją i pozytywną energią, a także bezcennymi wspomnieniami. ja chce jeszcze raaaaaaz!!!


Wroclove

love. nie-love. love. nie-love. love?
podobno od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok, postanowiliśmy sprawdzić to na własnej skórze.

ostatnio pisałam o planowanej konsultacji w kwestii Kjułikowego kręgosłupa.
Qsław – love.
Qsław nie robiący nic przez trzy tygodnie, obserwujący jak Rudy może wszystko i jęczący z tego powodu dzień i noc – NIE love.

ubiegły weekend. piątek, konkretniej.
nadszedł ten dzień, pomknęłyśmy z Paulą i trzema burasami na wizytę do dr. Anety Bocheńskiej i….
pani doktor stwierdzająca, że Kjułiczek jest jak z bajki – LOVE!
komplet zdjęć rtg, który w zasadzie w całości nadaje się do powtórki – NIE love…
Qsław zasługujący na naklejkę dzielnego pacjenta i dający ze sobą zrobić wszystko – love!!!
Qsław tak bardzo zaangażowany w robienie z nim wszystkiego, że aż nieprzestawiający wygiętych łapek ‚bo pani doktor kazała, a pańcia pacza’ – zawał serca i nie love!
pomysł by Paula przy nim została, moje wyjście z gabinetu i odpowiednie reakcje Księcia – po stokroć love!
wspaniałe podejście, niesamowite zaangażowanie, wiedza, umiejętności i pasja u dr Bocheńskiej – love, love, love!!!

ooooo, rany! już nawet nie kamień, a wielki głaz spadł mi z serca po tej wizycie! co prawda Qsław w trakcie zadbał o jego migotanie (reakcja z łapką) ale gdy wszystko sie wyjaśniło, poniosła mnie tęcza! choć zdjęcie nie było do końca optymistyczne to pani doktor powiedziała, ze leczy się psa, a nie kliszę, a Qsław, cóż… czuje się świetnie i jest w dobrej kondycji (cytat!). dostaliśmy zielone światło na wszelkie pląsania i zalecenie powtórzenia zdjęć oraz pokazania się za kilka miesięcy, zeby zobaczyć co w kjułiczkowych pleckach piszczy.
dobre wieści zdrowotne to jedno, ale fakt ‚odkrycia’ wspaniałego lekarza cieszy mnie niezmiernie. Aneta Bocheńska łączy w sobie profesjonalizm w każdej postaci z niezwykłym otwarciem na drugą stronę – psią i ludzką. to nie zdarza się często. pani doktor specjalizuje się w medycynie psów sportowych, neurologii i rehabilitacji, a na dodatek wie z czym się je border collie ;) gdyby ktoś potrzebował, szczerze polecam gabinet weterynaryjny GRYF we Wrocławiu (klik)

no, dobra, ale Wrocław, decedece, halo!
skoro już mamy śmigającego Q to przejdźmy do zawodów! :D
postanowiłam skorzystać z zielonego światła i podtrzymałam zgłoszenie Ksiecia do super pro. z lekką obawą z jednej strony (bo jęczał, musk mógł wyparować) i kołczingiem pauonka z drugiej (daj mu popląsać, odstresujcie się, bez ciśnienia) podeszliśmy do dwóch rund.jedyne o czym myślałam, to potencjalna pauka u Q, bo – u w a g a – tak dobrze przygotowana do tossa to jeszcze nigdy nie byłam!
zgodnie postanowieniami po zeszłorocznym finale dzielnie brykałam na własne treningi rzutowe i choć dokładnego pomiaru odległości nie dokonałam, to zauważalnie zwiększyła mi się jakość rzutów i ich odległość ( a przecież ostatnio brakowało w okolicach metra do czwartej strefy!). no to siup, najpierw rozgrzewki. zdecydowanie zabrakło mi poczucia pewności w kwestii tego co robię, ale przecież to pierwsze zawody, gdzie będę po sformatowaniu rzucania mierzyć w czwartą strefę. więcej luzu, będzie dobrze. gdy wszystkie dyski lądowały za czwóreczką, a część z nich aż za bardzo za, pomyślałam, że jest dobrze i na tym skończyłam. a mały muskowy pauonczek siedział pod czachą i zawijał je w te sreberka… tak bardzo je zawijał, że z ręką na sercu, pamiętam z pierwszej rundy tyle, że był klops… spokój i pewność, którą sobie ukochałam zwiały chyba do sadzawki z wodą nieopodal pola, a ze mną zostali ich gorsi kuzyni. problemem było to, co miało nim nie być, za to Qsław… ah, ten Qsław! raz się dał ponieść, a poza tym… <3
na tym, wątpliwym w moim, wykonaniu, popisie skończył się dla niego pierwszy dzień zawodów więc przejdę teraz do Rudego, może to mnie trochę usprawiedliwi.

Qsław – love.
rzucająca pauka – nie love.

Rudy Titeł. oh, rany, rany…
rok temu, na tych samych zawodach siedział w domu i goił bark ze smutną minką w koszulce od babci Pająk. a teraz? oto i on, Rudy Ron, z wypiekami na polikach, gotowy na pląsanie! wzrusz + 100 i za to wielkie love. w ramach przeciwwagi, na dwa-trzy tygodnie przed zawodami zaliczyliśmy kilka takich treningów, że zaczęłam sprawdzać regulamin obi. ale to Włócznik! ja trochę też się nim stałam, toteż w ostatnim tygodniu nastąpiła pełna mobilizacja oparta na planie doskonałym. zaświeciło słońce. na trzy dni przed zawodami powstał fristajl, który przećwiczyliśmy raz. zagrało. zapamiętałam go w jakiś dziwny, intuicyjny sposób. muzyka, ah! MUZYKA. jak już przedarłam się przez wszystkie szalone rude, śpiewające wiewiórki i dolazłam na koniec internetu, gdzie czekał na mnie Ron Rudy(klik) i wiadomość do niego(klik) postanowiłam postawić na to, przy czym stopa zacnie pląsa. no, skoro stopa pląsa, a ja będę czwarta to spróbuję nie myśleć o tym, ze przed naszym występem pewnie nie raz widzowie usłyszą to. tu-tu-ru-tu-tu-ru-tu-TO.

muzyka do fristajlu niosąca falę – love
powrót mózgu Naieczka – LOVE!
osobisty doradca ds pląsów Rudego i osobisty doradca ds pląsów stopy – love!!!

było tak słodko-różowo-rycząco-rzygająco, że nawet nie wpadłam na to, że mój pieseł przestraszy się dziewczynek stojących przy polu i bawiących się tęczowymi sprężynkami, takimi O (klik). spłoszony, niczym łania na drodze szybkiego ruchu, Titeł wyparował, choć cieleśnie ewidentnie tam był. klapki na rudych polikach, mogiła. udało mi się dotrzeć do niego, ale czułam, ze granica jest cienka. przeżyliśmy pierwszą rundę super pro, rozglądając się, stresując i psując co się dało. bywa. smutek był. a chwilę póżniej przyszła miłość, bo mimo, że potwór zaatakował go srogi (żebyście wiedzieli do czego są zdolne takie sprężynki!) i kropki na łapach się trzęsły jak osika, to pracował. jakoś, ale pracował. ‚mamo, zrobie to, ale ochraniaj tyły i uważaj na siebie’. no jak go nie love?

co nam zostało w sobotę? fristajl w super open!
mówiąc, ze się nie stresowałam, skłamałabym. niemniej! był to stres przyzwoity, trochę bym rzekła, że mobilizujący, ooohhh LOVE! wyszliśmy na pole, rozłożyłam dyski, Titeł powiedział ‚mamo, tylko powiedz’ i powiedziałam.

rany, jak ja się jaram! było pięknie! lepiej niż sobie wyobrażałam! on pląsał, łapał, robił co miał robić, ja pląsałam, rzucałam, wiedziałam, co chcę zrobić. nie był to fristajl mojego życia, ale debiut, owszem. zrobiliśmy się kilka razy w balona ale będzie lepiej.

plan, jaki sobie założyliśmy wykonaliśmy ponad normę. cieszyłam się do końca dnia jak głupi do sera. rudego. maasdamera chociażby.
pierwszy fristajl

drugi dzień.

pierwszy start to toss do openów. nie ma o czym mówić w zasadzie. ja – częściowo pauka, on – częściowo pauka. nie love.
biorąc pod uwagę klasyfikację po pierwszym dniu, to daleko nie upadniemy :3

później zapowiadało się na ciąg dalszy wątpliwych przyjemności dystansowych, ale jednak czynniki zewnętrzne potrafią wiele zmienić. szepczące skrzaty. przecież to Książe, miałam nie myśleć za dużo tylko rzucać. no to rzuciłam. 19 punktów, lepiej. daruję sobie autodissa, powiem tylko, że jestem wdzięczna Q. łapał wszystko w pięknym stylu, pląsał, wracał, dał mi błogi spokój mózgowy w tej rundzie. 3 tygodnie przerwy, pieseł się gotuje, czacha paruje, a później przychodzi ten moment i jest i on, pan ideał. uzmysłowiło mi to, jak się spinałam w rundach z Naiem. jak absorbowałam tym, co robi, jak robi. z Q po prostu popłynęliśmy. LOVE!

w towarzystwie serduszek przytupaliśmy z Rudy z drugi fristajl. żadnych zmian, lekka poprawka na rzeczywistość po pierwszym występie. tak jak w sobotę nawet nie słyszałam muzyki w trakcie, tak w niedzielę zaczęły do mnie docierać otaczające nas odgłosy. o, rany, rany!

radośc ma nie zna granic! było lepiej, pomijając najbardziej gniotowatego overhanda w moim życiu :D tylko… ktoś mi podmienił psa! zamiast niepewnego Naieczka od tęczowych sprężynek pojawił się zdeterminowany Rudy Ron pragnący złapać każdy (prawie) dysk, pląsający tak, że nawet matka nie sądziła, ze tak umie i pomykający w stylu dzikiej, rudej gazeli! o, paczcie!(klik) LOVE! LOVE! LOVE!

dumna jestem niesłychanie, choć nie ukrywam, ze przełknęłam trochę goryczy patrząc na kartę, gdzie najwyżej punktowany mamy execution, a oceny za team wahają się między 1,5-1,79. myślę sobie jednak, że ogromnego zadowolenia nie odbierze nam nic i z dwojga złego lepiej w tę stronę. pierwsze koty za płoty, a przyszłość wygląda jak galaxy candy mountain – byle tylko nerki zostały na miejscu ;)

pisząc o Wrocławiu nie mogę nie wspomnieć o dzieciach Q – Sancie i Setusie. oboje odnieśli swoje własne, wielkie sukcesy!
Setus przepracował pięknie swoją rundę w super skupieniu,

Santa za to zadebiutowała w ładnym stylu ze świetną skutecznością!

serducho rośnie i mi i Qsławowi :))

rewelacyjne openowe fristajle to jedno, ale wielkie emocje wzbudziły we mnie rundy Wioli z Harrym i Agaty z Kejsi ze startersów. dziewczyny widzą dlaczego :)

tyle pozytywów i tylko troszkę foszków, chyba jednak… wrocLOVE!

ps.
jak mogło być inaczej skoro baterie ładowaliśmy tak:

/dumny hodowca, młody narybek, matkawszechczasów/


letz get it started

wszędzie jest pięknie, zielono, pyląco… wiosna zadomowiła się na dobre!

choć w okresie zimowym nie próżnowaliśmy, to w połowie kwietnia, niemal oficjalnie, rozpoczął się dla nas sezon frizbowy w pełnym znaczeniu tego słowa. zawitaliśmy do Poznania celem przeprowadzenia frizbiaczowo-pauonkowych warsztatów.

twarz wysmażona na słońcu, usta spierzchnięte, głos zdarty, dziki kwik Gumińskiej jeszcze dźwięczy w uszach, ewidentnie rozpoczęliśmy nowy rok pod znakiem dysków! ;)

ostatni raz, kiedy nasz dziki hodowca rzucił okiem  w kierunku Titutkowych frizbipoczynań miał miejsce w październiku, niecałe 3 miesiące po operacji. przez zimę trochę dłubaliśmy w różnych drobiazgach więc teraz z radością zaprezentowaliśmy nowe skille! jesteśmy z Naiem jak dwa hippisowskie pasikoniki, ale zaciesz był, okejka poszła, będziemy pląsać dalej!

Kjułiczek nudny aż do bólu… płynął niezmiennie na fali zacności :)

no, ale czy mając obok taką niewiastę mogli się nie starać…?

Rudy niestety tak bardzo zaaferował się obecnością rodziny, że na wyżej wspomnianym, piątkowo-inauguracyjnym pląsaniu pozbawił się opuszek w sposób mało wyrafinowany i skazał się tym samym na rolę trendsettera:

11084935_825279190872498_1821295433_n

choć słyszałam plotki, że nie było to bezcelowe…

11084717_1016897741655341_17781692_n

tak czy inaczej, spod rudej brwi sprawował należyty nadzór nad ćwiczącymi!

11137971_1572772389678441_1711912825_n

nim się obejrzeliśmy, od poznańskiego szkolenia minęły dwa tygodnie iiii… nastał koniec kwietnia, a wraz z nim annówkowa majówka!

o magii tego miejsca rozpisywałam się wiele razy… z każdą wizytą zwiększa ona swoją moc poprzez kolejne wspomnienia.

wbrew zapowiedziom, pogoda nam dopisała i chwilami można było, niczym dyzio marzyciel, rozpłaszczyć się na miękkiej zielonej trawce i wygrzewać w promieniach słońca. ale, ale! tylko chwilami! przez cztery dni bowiem królowały dyski. konfiguracje przeróżne, łącznie z polowaniem w lesie i rozgrzewkach przy dźwiękach sączących się z samochodowych głośników :))

o, tak było pięknie:

11193125_827516544004333_1076184307_n

znalazłam świetną rasę dla siebie! ;)

11193428_365559830305431_7943715083985256052_n

i trochę czasu na spacery po lesie…

11187039_1646541532231911_1324028315_n

Qsław pękał z dumy na widok swego wyblakłego ;) syna, a ja nie posiadałam się z radości mogąc go wymęczyć frizbowo – niemożliwe, a jednak!

11218697_10206612802188464_4269595516805487652_n

z szerokim uśmiechem, ale i lekkim żalem wyjeżdżaliśmy w niedzielę. czas zatrzymany w miejscu i pędzący jak dziki zarazem. koniec majówki, ale początek tegorocznych frizbopląsów, siup!

11199373_748408938609933_1839213927_n


no, dobra, dość tego lenistwa…

pierwotnie tytuł tej notki to były ‚ FINAŁY!!!’ i została ona stworzona w połowie września… tak, trzy miesiące temu. przez cały ten czas, z powodów absolutnie najważniejszych ;) nie znalazłam chwili by uzupełnić ją o zdjęcia i w efekcie odkładałam publikację. teraz zdjęć już nie znajdę więc wstawię to jedno:

z Annówkowego obozu z Lucką i Vercią, które pokazuje geniusz Qsława, patrzącego i czekającego na dysk, który zapewne chwile później został pięknie chwycony. to co dłubię we frizbi od wielu miesięcy procentuje więc myślę, ze ta fota to dobry symbol :)

wracając do wpisu, który – przypomne – pierwotnie zatytułowany był ‚FINAŁY!!!’ dalsza jego część brzmi tak:

bo małe litery okazały się nie wystarczające… ;)

już na początku notki musze zaznaczyć, że z pewnością zabraknie mi odpowiednich słów, by wyrazić zajebistość tych dwóch dni ;)

zacznę od tego, że kontynuując swoją własną tradycję wyznaczania sobie celu do osiągnięcia, wspięłam się na wysoki level autobezczelności i jako target ustanowiłam spokój ducha, mój oczywiście. ten sezon, mimo zmiennego szczęścia, pokazał mi, że zarowno od psiej, jak i ludzkiej strony, potrafimy razem z Q osiągnąć naprawdę wiele – kolejne starty, w których realizowaliśmy przeróżne założenia, zgranie, które chyba nigdy nie było lepsze i choć już wcześniej zauważałam subtelne sygnały, to obóz z Lucką i Vercią ostatecznie pozbawił wymówki, gdy zaufamy sobie i skupimy na własnych rolach, efekty są najlepsze.

Warszawa to moje miasto, kocham je szalenie, tęsknię za nim okrutnie, wspominam bardzo namiętnie (prawie tak samo, jak przerysowuje ;) ). umiejscowienie finałów na mapie Polski, siłą rzeczy oddziałuje na mnie pozytywnie.
piątkowe przygotowania pola upłynęły na radosnym pląsaniu przy basenie

później pomknęłam na spotkanie z królem gamoni (gamoń- jednostka będąca bliskim krewnym ‚pauonka’ jednak z innego okresu w moim życiu), a dzień skończył się miłym czillem w towarzystwie kjułiczkowo-włóczniczkowym. uświadamiając sobie, że mimo, że następny dzień przyniesie debiut Rudego i starty z Q, a ja nie czuje cisnącej presji, wiedziałam, że jestem na dobrej drodze do realizacji zamierzonego celu.

przejdźmy do konkretów!
sobota – starty typowo finałowe wyznaczone na wczesne popołudnie, poranek przeznaczony na time trial. time trial? raaany, kompletnie nie moja bajka! ostatnim razem, a było to ładnych kilka lat temu, stres miotał mną tak, że nie byłam w stanie, trzęsącą się ręką, dorzucić na te 20 yardów… :D na dodatek Rudy, zaaferowana, pląsająca w świecie motylków i outrunów, kropkowana gazela… no, ale zgłosiliśmy się, poddając argumentowi Pauli, że Naiek ma się otrzaskać z atmosferą zawodów, a kwestie przyczyniające się do ujemnego bilansu naszych szans na cokolwiek będą zwiększać szanse na osiągnięcie spokoju.rozgrzewka poszła bardzo ładnie – moja obfitowała w spokojne, równe, stabilne rzuty, Rudego za to, w mądre działanie, przyjemne pląsy i wspaniałą koncentrację. było tak słodko, że aż wyciekało nosem i uszami i dokładnie na tej tęczowej fali dopłynęliśmy do startu. numer pierwszy – Agnieszka i Nai (huhuhu, brzmi dumnie!), pierwszy rzut zacny, choć muszę przyznać, że pozornie o kilka centymetrów za bliski, ale, ale… Rudy geniusz, pełny determinacji, po ciasnym obiegu i szaleńczym pędzie do frizbiacza wyhamowal! popaczał! ustawił sie boczkiem, przepląsując idealnie za linie, chwycił i zawrócił pomijając tradycyjny łuk! pląsa do mnie, słyszy ‚daj’ i zanim oddał dysk do ręki słyszy ‚omiń’ i robi to!! płynnie i pieknie!! nie wierzę, że idzie tak gładko więc ze szczęką na ziemi rzucam po raz drugi i sytuacja dokładnie się powtarza! po chwycie dysku wydobywam ze swojego gardła najwyższe i najdonośniejsze ‚Tiiiiiiit!’ na jakie mnie stać i uciekam w drugą stronę, widząc kątem oka jak moj dzielny pieseł przyspiesza, by dogonić paniunie! mamy to! takie rzeczy! takie rzuty! taki dzielny, rudy zwierz! sekunde później słyszę 15,75sek jako wynik i jeszcze nie wiem, co to oznacza, mówiłam przecież, że to nie moja bajka… jestem zadowolona, żadna z moich fatalistycznych wizji się nie spelniła, Rudy dał radę lepiej niż sądziłam, a przypominam, że dalej nie wiem, co oznacza wynik. wynik oznacza, ni mniej ni więcej, że mieliśmy jakąś sekundę straty do rekordu świata ustanowionego w tej dyscyplinie. takie buty! choć przyznam szczerze, że fakt ten jara mnie dużo mniej niż to, jaki Nai był wspaniały i z jakim spokojem udało mi się podejść do naszego występu! dość długo byliśmy na prowadzeniu, później, o trzy setne sekundy (!!!) prześcignął nas Hachiko, a ja dalej pląsałam w narkotycznej euforii, z bananem na twarzy jarając się dokonaniami Tita :))
w rozgrywkach play off (tak się to chyba nazywa) moje zbyt krótkie rzuty zemściły się na nas, ale Naiek dalej błyszczał geniuszem pięknie łapiąc i utrzymując tempo, co było po tysiąckroć słodsze niż lepszy wymierny wynik. rok temu paradna kluska, cztery miesiące temu, biedny pokrojony Titek, a dziś, pełen mobilizacji, jak na włócznika na zawodach przystało, mój dzielny, wspaniały Nai! oh, oh,oh Nx<3…. tak, wiem, jestem nienormalna :))
kończąc sobotni wątek Naia na zawodach, będący wbrew chronologii, ale o Q już za chwile, powiem jeszcze tylko, że późnym popołudniem zebraliśmy się na rozdanie nagród w Time Trial, Rudy kontynuował relaks na materacyku, ja poszłam klaskać, az tu nagle słyszę 'drugie miejsce Agnieszka i Nai', ha! plejof plejofem, ale jak się okazało, sam wynik to osobna bajka (nie moja, wspominałam?) polazłam więc wdrapać się na podium, Szymon zorganizował szybką akcję pozyskania Rudego – i tu nastąpił moment najsłitaśniejszy dla mnie osobiście – puszczony Naiek odkrywa paniunie, biegnie ile sił w nakrapianych łapach i liczy się dla niego tylko to, żeby być razem, dostaję stado buziaczków! puchar to rzecz miła, zgadzam się, ale najmilsze jest coś zupełnie innego, nawet jesli to-to jest rude, w kropki, z nierówną kryzą, ogonem na rozjechanych uszach, finezyjnym wąsem i durnym ryjem – jest mój NAImojszy!!

pierwszy start ma miejsce jeden, jedyny raz w życiu więc wierzę mocno, że wybaczysz mi drogi czytelniku tę tonę cukru, do której z dziką przyjemnością wrócę za czas jakiś, wspominając miłe chwile. z Q się opanuję, obiecuję :)

przejdźmy więc do Księcia Ciemności, mojego zasadniczego zawodnika. szybki 'czek' w ramach rozgrzewki – piękny jak zawsze, mózg na miejscu, pupa w górze, niech mnie ktoś, kurna, obudzi!
na pierwszy ogień – losowanie numerów. wynik daleki od mojego ideału, ale zdecydowanie mogło być gorzej – super pro 16, open 9. najpierw tossik, rozgrzewka! przyznam, że większym wyzwaniem był aspekt psychiczny choć nie wiązał się on z okiełznaniem stresu (end de łiner iz…!) zgodnie z postanowieniami poobozwymi zamierzałam walczyć ze swymi paskudnymi naleciałościami i rzucać nowym sposobem, co wymaga ode mnie nieprawdopodobnej koncentracji na każdym, najmniejszym elemencie. rzucało mi się całkiem dobrze, nie marząc nawet, naturalnie, o czwartej strefie, ale i cel był inny.
zanim powiem, że nadeszła nasza kolej, pragnę oddać hołd mojemu psu. przed każdą z dwóch sobotnich rund z Q zostawiłam swój mózg do-tej-pory-nie-wiem-gdzie i urządzilam mu ciut za dlugie rozgrzewki. bezpośrednio PRZED. należy mu się, jeszcze dlugi czas, całowanie po stopach za to, że dał radę, prezentując na swoich występach bardzo dobry poziom. kondycja, kondycją, motywacja, motywacją, doceniam je szczerze, ale wiem, że bez tego, że on pracuje dla mnie, nie znaczyły by tak wiele, jak biorąc pod uwagę ten fakt. pokłony dla Księcia Ciemności!
no, dobra, teraz już mogę – nadeszła nasza kolej! najpierw tossik. wychodzę na start i wiem, że on da radę. widzę to. istnieją subtelne sygnały, po których umiem poznać, że energia nam nie sprzyja, ale nie było ich tym razem. zdeterminowane, intensywnie wpatrzone we mnie ślepia, pies cały 'zebrany' i wyczekujący, zerkam na sędziego, zielone światło, no to siup. ustawiam stopy, którymi nie ruszę w trakcie rzutu, od tego zaczyna się mój nowy rytuał, w pamięci przelatują mi wszystkie wskazówki, wiem gdzie ma być dysk, jak ustawić ramiona, kolana, biodra, rękę, wszystko! jedno słowo, pies biegnie, ja rzucam, dysk leci. tak, widzę, więcej kąta, ale pogoda mi pomaga, dysk zawisa na wysokości trzeciej strefy, idealnie w bonusie, Q nadbiega, skraca krok, wybija się z tyłu, chwyta frisbee, robi puczi-kulke i ląduje pięknie na cztery łapy, po czym szybko zawraca, pędzi do mnie, oddaje dysk idealnie do ręki i cały schemat powtarza sie od nowa… pięć razy! cały czas dorzucam na sam koniec strefy i gdy już wiem, ze mamy pięć chwytów postanawiam powalczyć o te kilkanaście centymetrów i… rzucam niemalże w prawą bandę – ojtam, ojtam :D koniec rundy, wszystkie dyski złapane, poza ostatnią szkaradą, wszystkie z nich były wyrzucone tak, jak być powinny, każdy chwyt w wyskoku, w bonusie i nie, nie przeszkadza mi brak czwartej strefy – jestem kozą, mogę opanować świat, jestem swoim własnym zwycięzcą! i mój pies! pozostawiony samemu sobie i tak mądry we wszystkim, co zrobił w trakcie tych 90 sekund! finał krajowy, creme de la creme jak to mówią spikerzy, a ja nie dorzucam do 40yardów i cieszę się jak głupia, dlaczego…? BO MOGĘ :D
wynik finalny 20,5 i bardziej niż ta jedna, wypocona czwóreczka cieszy mnie trzeciostrefowe 4×4. po opublikowaniu wyników jesteśmy na 7dmym miejscu, najwyższy wynik 22,5 i to w lapkach nie byle kogo, samego Zastępcy Księcia Ciemności!
śmignijmy do Open.
o tym, że wylosowaliśmy 9ty numer już mówiłam, ze zamordowałam swego psa przed też więc pozostało mi wspomnieć, że w ramach kolejnego ‚ułatwienia’ wpadłam na genialny pomysł założenia dżinsów na fristajl. świeżo upranych… tutaj już nie będę się rozwodzić,bo tego byście nie znieśli. gdzieś pomiedzy walką w schylaniu sie po kolejne frizbiacze, wyszły nam wszystkie istotne elementy, pamietałam o zmianach, Qsław śmigał jak szalony i tylko to zbieranie dysków… z samego występu przypominam sobie niezbyt wiele, po zejściu z pola miałam poczucie, że kaszany nie było, ale do ideału daleko. smutno mi było troszkę, że nie udało się powtórzyć wyczynu z Sopotu, ale odepchnęłam szybko od siebie tę myśl zasłaniając ją wygraną walką ze stresem!
TAK!TAK!TAK! udało się, w sobotę zwycięzyłam ten pojedynek przez nokaut i już nawet, gdy wieczorem zasiedliśmy do piżama party, czułam związane z tym faktem, przyjemne emocje.

aaaa, zapomniałabym! wbrew mojej wizji znalezienia się w drugiej połowie stawki, po pierwszej rundzie podium wyglądałoby następująco: Lucka z Dixi, Agnieszka z Q, Paula z Weną. niezły żart ;)

niedziela-dzień drugi, tym razem w dużym skrócie.

poranne dogdartbee, w trakcie którego Rudy był niezmiennie doskonale pędzącym, łapiącym, ale już lekko outrunującym na powrocie piesełę, a mi nawet udało się rzucić kilka razy tak, by wylądował w tarczy. geometria + frisbee = abstrakcja, przynajmniej dla mnie. w ramach ciekawotski, z frisbee niezwiązanej, mogę dodać, że Naiek ujrzał tego dnia KACZKI i powiedział, że nic innego na świecie nie istnieje. obiecałam mu wrócić kiedyś do tej dyskusji ;)
pierwszy niedzielny start z Q to był toss do openów.zgodnie z pierwotnym założeniem trzymałam się nowego sposobu rzucania więc jak łatwo przewidzieć, dyski lądowały na trzeciej strefie, jednak niestety coś mi się lekko wżarło w musk i nie było już tak pięknie, jak być powinno, ale przecież mam Q! 17,5pkt, jeden dysk odbity, reszta złapana w locie :) dało nam to 7 (chyba) miejsce i drugą wejściówkę do top ten! jak miło :)

druga runda Super Pro była polem walki, gdyz czułam, że bycie oazą spokoju przez dwa dni to dla mnie, na chwilę obecną, trochę zbyt dużo. zjeść się nie dałam, ale trochę mnie nadgryzło. plus jest taki, że bardziej własny mętlik w głowie niż chęć osiągnięcia rezultatu. nie było źle, a będzie lepiej – uzyskaliśmy 19pkt, co jak się później okazało, dało nam 10miejsce.
więcej na temat naszych poczynań w tym zakresie pisać nie warto, ale nie mogę nie wspomnieć, o poczynaniach dream teamu Marian&Zdzisław! chłopcy, jak już mówiłam, po pierwszej rundzie dzierżyli pierwszy wynik, podobnie jak dwa inne zespoły, przez co startowali jako trzeci od końca (logiczne, czyż nie? :P ). pierwszy ich finał, dobry wynik, ciśnienie podniesione przez pozostałych konkurentów i poprzeczka na wysokości 24 punktów do przeskoczenia. wiedziałam, że normalnie stać ich na to, by rzucić nawet 25, ale zawody, presja itd… cóż to będzie? pierwszy rzut , super, czwarta strefa, Zdzisław, jak nie on, zacnie wzbił się w powietrze, daleko jednak od bonusu… dwa kolejne, znów ta sama sytuacja. jako naczelny pauonk tego świata wiem, że to co się dzieje w mózgu, gdy z jednej strony, jest dobrze, z drugiej, musi być lepiej i ma się świadomość, ze są na to szanse, przekracza możliwości wyobrażenia normalnego człowieka. a oni? zrobili to! kolejne trzy rzuty to były same piątki, absolutnie genialne, absolutne kapitalne, będące dowodem na to, że można pokonać własnego wewnętrznego skrzata, a może nawet nie pokonać, tylko zmiażdzyć go swoja siłą jeszcze przed walką? tak czy inaczej, 24pkt! i wyszli na prowadzenie, mając pudło w kieszeni! nie spodziewałam się, ze umiem cieszyc sie tak bardzo czyim szczęsciem i jako właścicielka Księcia Ciemności, posiadającego Zastępce, który wygrał swoje pierwsze finały!! puchnę z dumy! bylo pięknieeee!

w tej radości podeszliśmy do ostatniej rundy, do ostatniego fristajlu, ja w odpowiednich spodniach ;), on z odpowiednim nastawieniem i…. mimo niezłapanych 5 dysków oceniam ten występ jako bardzo udany! pamiętałam, żeby lepiej pofikac po polu, rzuciłam fingerflipa z biuzbiuzm, którego ostatnio prezentowałam z Zelówką, a Qsław trzasnął TAKI zigzag, że klękajcie do stopy! każdy rzut inny, wszystkie bardzo dobre technicznie i złapane równie doskonale bez najmniejszych łuków, naprawdę zacnie! zrobiliśmy to! popłynęlismy na fali! czelendź komplit! w efekcie spoczęliśmy na 5tym miejscu w Super Open, które satysfakcjonuje mnie niesamowicie! i chyba po raz pierwszy nie odczuwam potrzeby rozważania ‚co by było gdybym rzuciła 22,5 na tossie’ ;) awansować po rundzie free, ja Cięęę!
a na dodatek, tym zacniejsze było zakończenie całej imprezy, że na podium, jako jedyny polski zespół, stanął Pauonk z Matką Puczką, za to dzielna, obchodząca w tym dniu trzecie urodzinkiiiii Dżony, miała drugi najlepszy fristajl zawodów i walczyła we frisbatelce z samym Lakim-wymiataczem, ostatecznie ustępując mu w drodze po ostatni puchar.

w ramach monopolu pauonk składu na sukces musze wspomnieć również o wielkim osiągnięciu brata Naika, Łesia razem z jego Pająkiem! z Pająkiem, który zawsze gdera o tym, że jest źle, a później wychodzi i zajmuje kolejno drugie i trzecie miejsce na dogdartbee – tak bardzo ona nie umie rzucać, a jej pieseł łapać, paczciepaństwo!

to były dla mnie najlepsze finały jak do tej pory, zarówno pod względem towarzyskim, treningowym jak i każdym innym! moim psi panowie tacy zacni, ja taka ogarnieta, pauonki takie podiumowe i tylko żal, że na ten rok to już koniec… ale za chwile będziemy to świętować w Annówce, później w październiku raz jeszcze i nim sie obejrzymy, już będzie Wrocław 2015! życzę sobie i Wam by było już tylko lepiej i składam ostatnie postanowienie w tym roku… ale po cichutku, choc chyba łatwo się domyśleć ;)


podsumowanie lipca!

zachowując kolejność nadrabiania zaległości nastał czas na wspomnienie o początku lipca!
na pierwszy dzień tego miesiąca przypadła ostatnia wizyta Naia u dr Bissenika. 8 tygodni od operacji minęło chwile wcześniej, od kilku dni pozwalaliśmy sobie na coś więcej niż leżenie na kanapie

szczecińskie pląsy nie spowodowały żadnych nieprzyjemnych skutków jednak jechałam do Warszawy z duszą na ramieniu. wizyta przypadała na wtorek, a w poprzedzającą go niedziele również byliśmy w stolicy, przy okazji organizowania pokazów, gdzie Rudy przez chwile posztuczkował, a później zakulał na TĘ łapę :( szybki przegląd wykazał przytartą opuszkę, ale mój umysł zaczął generować najgorsze scenariusze. na szczęście doktor po dokładnych oględzinach pokazał kciuk w górę, cała łapa Naika działa sprawnie a nawet lepiej i tym oto sposobem dostaliśmy zielone światło na powrót do aktywności z przykazaniem corocznej kuracji i sesji zdjęciowej za jakis czas!

prosto z lecznicy wyruszyliśmy do Poznania, gdyż juz następnego dnia miał rozpocząć się cykl zaplanowanych treningów.
w przeciwieństwie do wcześniejszych spotkań, które miały poruszać możliwie wiele aspektów frizbowych, tym razem zaplanowałyśmy zajęcia tematyczne, tak by na każdym z trzech treningów, możliwie jak najlepiej dopasować poruszane zagadnienia do oczekiwań uczestników.

pomysł tematycznych spotkań wziął się stąd, że od dawna na seminario-treningach by Gumiszi&Gubiszi nie trafiła nam się grupa, w której byłyby same nieznane nam osoby i w efekcie stali bywalcy często słyszeli o danym zagadnieniu kilka razy. nie korzystamy ze skryptów więc konkretny temat za każdym razem przedstawiamy w trochę inny sposób, ba, o niektórych można słuchać kilka razy i za każdym z nich wyciągnąć coś nowego dla siebie, ale myślę, że możliwość wyboru tematyki też jest ciekawa. wydaje mi się, ze nowa formuła sprawdziła się i na pewno w przyszłości będziemy jeszcze myśleć o jej dopracowaniu :)

wracając jednak do samego wydarzenia – było zacnie, jak to w Poznaniu! pogoda nam dopisała, uczestnicy również, ci psi i ci ludzcy, stając za każdym razem na wysokości zadania. ponieważ jaram się strasznie tym, że RUDY JUŻ MOŻE! nie mogę nie wykorzystać okazji do pochwalenia Naika jako debiutującego demo-doga! skupiał się pięknie, z dumą prezentował rodzaje aportu i pląsał radośnie, jak na rudą gazelę przystało! ponadto nasz wspaniały hodowca ;) wprowadził Tituta w świat agilitek układając pierwsze mądre ćwiczenia. ja się na tym kompletnie nie znam, ale ponoć błyszczał…;)

Naiek miał również okazję do spotkania ze swym mroczno-kropkowanym bratem – Kendo. nie muszę dodawać, że miłość braterska kwitła…?

w drugiej połowie lipca znów odwiedziliśmy wielkopolskę.
podobnie jak w zeszłym roku, w tym również zawody w Sopocie zbiegły się z annówkowym obozem frisbowym, tym razem jednak, w odwrotnej kolejności.
najpierw uprawialiśmy dzikie pląsy, na doskonałej, jak zawsze, annówkowej trawie, trzaskaliśmy się na heban ucząc nowych technik rzutowych,

by później móc z nieskrywaną radością ochłodzić się pod nowym wypasionym daszkiem tudzież dedykowanym zraszaczem!

zacna ekipa!

psy przeżywały totalną ekstazę udając, że upał ich w zasadzie nie dotyka. z pewnością przyczyniła się do tego możliwość korzystania z basenu i przywdziewana po treningach pro-chłodząca kamizelka, tymniemniej spacery, frizbiacze, agilitki pozwalały im tkwić w ciągłej euforii! tak, tak! napisałam agilitki i znów tak, tak! napisałam IM! Naiek kontynuował swe mądre, hopeczkowe ćwiczenia,

jak również powoli wracamy do rzucania frizbi.
Q natomiast pokazywał co potrafi na dekielkach, przypominał sobie elementy freestyle’u, łapał tossa i zapoznał się z huśtawką!

Zelówka natomiast przeżyła swoje ‚summer love’ bo nie tylko kanapy i łóżka były w jej posiadaniu

ale również serce Kądzieli, a co za tym idzie mnóstwo miziania i smaczków!

nie wspominając już o kuchni… ;)

na pozytywnej fali, prosto z Annówki, pojechaliśmy na ostatnie zawody kwalifikacyjne DCDC do Sopotu.
morze kocham miłością szaloną, a gdy łączy się z frisbee i psami, to nie jestem sobie w stanie wyobrazić lepszego układu!

jamnik pasuje do nadmorskiego domku!

przed każdymi zawodami formułuję w myślach życzenie dotyczące występów, które chciałabym, żeby się spełniło – tym razem było z pozoru banalnie, chciałam, żeby Q łapał. dobre rzuty, płynność, zgranie są ważne są bardzo ważne, ale chciałam doświadczyć poczucia, że od momentu wyrzucenia dysku wkraczam do mgiełki czilałtu, a mój czarno-biały książe odwala mądrze sam resztę roboty. zwykle, mimo, że wiem, że już nijak nie mam wpływu na to, co się stanie, bardzo absorbuje się psychicznie tym, co się dzieje. tym razem było inaczej, mój wewnętrzny pauonk przybrał zrelaksowaną pozycje kwiatu lotosu, jod z powietrza dostarczył turbodoładowania i w efekcie na tossendfeczowej rozgrzewce, rzucało mi się rewelacyjnie, niejednokrotnie przerzucając pole! pomyślałam – jest dobrze! na tej, jakże cudownej fazie, podeszłam do fristajlu, pozycja numer jeden na liście startowej, zagwarantowała brak czasu na zbaczanie myślami w złą stronę, no i… z głośników sączyło się ‚nowy świat, bez wad, ma smak plastikowy…’ a my popłynęliśmy! :D

nieskromnie powiem, ze to był chyba nasz najlepszy występ do tej pory :) czułam mobilizujący spokój, mój mózg odbierał niczym niezakłócone bodźce i odpowiednio na nie reagował, wiedziałam co, gdzie i kiedy zrobić, a Q? był genialny! pamiętam, ze w kilku momentach naszego fristajlu miałam poczucie ‚slołmołszyn’ i przemknęła mi przez głowę myśl ‚ja cię! jak zacnie!’ ;)

czasami mój pies daje się ponieść emocjom i wtedy czuję, że muszę go trzymać w ryzach, tym razem pląsaliśmy radośnie razem, po jednej kjułiczkowo-gubisiowej tęczy! nie muszę dodawać, że cel został osiągnięty – z rekordowych, wyrzuconych przeze mnie 42(!!) dysków tylko 4 nie znalazły się na czas w paszczy Q.

schodząc z pola czułam, że to coś więcej niż ‚dobrze’, piękny stan, polecam :)
gdy pojawiły się nowe listy startowe, okazało się, że nie tylko mi się podobało i w naprawdę mocnej stawce uplasowaliśmy się na trzecim miejscu, zaraz za Lucką z Rayo i Asią z Luckym!
i tu następuje moment, w którym muszę wspomnieć o rundzie super pro… tak jak napisałam, rozgrzewka poszła bardzo dobrze więc plus dla mnie, Qsław błyszczał niczym Edward więc plus dla niego, a jednak! niby 20,5 to nie najgorszy wynik, ale nie było tak gładko jak na free. pieseł pracował bardzo dobrze, wyłapując wszystko, co było do złapania

ale moje kończyny odmawiały posłuszeństwa więc musiałam toczyć walkę o 4tą strefę., czego szczerze nie znoszę. jak łatwo się domyślić, fakt ten bezczelnie podszedł do mojego zrelaksowanego w pozycji kwiatu lotosu wewnętrznego pauonka i zdzielił go w czoło, wytrącając tym samym z równowagi. biedny zachwiał się do tego stopnia, że rundę tossa do openów skończyliśmy z wynikiem 12 pkt, powtórzę DWUNASTU PUNKTÓW i X-nastą pozycją. nie pytajcie mnie jak, po więcej smacznych przepisów zapraszam na http://www.pauonk.tv ;] gdy myśli galopują w dół współczucie nie działa, mówienie, ze nic się nie stało, albo, że będzie dobrze również nie, ale już normalna, krótka rozmowa, ze stwierdzeniem faktu pozwala nabrać dystansu, dzięki Dżony!
nie poszłam topić się w morzu, za to przypomniałam sobie, że to, co chciałam – łapalność Qsława – pozostało bez zarzutu, a jako, że stanowimy duet żywych organizmów, to juz tak bywa, że któreś nawala ;) pozwoliło mi to, na delikatny powrót w stronę spokoju i odbycie reszty występów na może juz nie tak genialnym, ale całkiem przyzwoitym poziomie. zamiast biczować się daniem ciała i spektakularnym spadkiem, wolę czerpać satysfakcję z tego, że mimo tych 12 stu punktów i chyba 18(?) miejsca drugim występem podskoczyliśmy finalnie na 10te!

dość już o Qsławie i moich wyczynach, czas na Rudego! były to dla niego pierwsze zawody, na których mógł popląsać z boku pola. ten pies jest niesamowicie skutecznym rozweselaczem, bo a) jest wrażliwym na uczucia pańci włocznikiem, a pańcia go kocha i nie chce smucić i b) spójrzcie tylko na jego twarz… :)))

Naiko chyba odczuło powagę sytuacji po moich tossowych popisach, zmobilizowało swoją rudą pupkę i w trakcie frizbiaczopoczynań spływało geniuszem! nie da się być złym czy smutnym mając takie mądre psy! trzeba wziąc w garść rozwiane loczi i działać! i tak też będzie :)

na koniec, w ramach pozytywnego akcentu i pokazania jak bardzo miłość potrafi być ślepa :P zdjęcie Nismo, Westa i Naia rok temu na finałach (gdzie byłyśmy przekonane, ze są taaacyyyy pięęęęęęęękniiiiii) i porównawcze z tego roku, z Sopotu – enjoy!


skrót(?) wydarzeń.

ooooraaaaanyyyy, ale zaległości.

emocje już co prawda opadły, ale wzmianki zabraknąć nie może, a więc…
chronologicznie!

->LADC 16-18 maja.

tegorocznemu ladc było pod wieloma względami wyjątkowe.
osiem grup (70 zespołów człowiek-pies), ośmiu trenerów (w tym trzech zagranicznych), wykłady rozpoczynające akademię już w piątek, piękny teren i niezmiennie zaskakująca pogodą :)
ladc zaczynało się dzień po operacji Naia i zastanawiałam się jak mój umysł to zniesie jednak magia tego wydarzenia spowodowała (choc może zabrzmi to brutalnie) że moje myśli pozostały przy frizbiaczach.
niesamowicie cieszyłam się po ogłoszeniu informacji o wykładach, szczególnie nie mogłam się doczekać tego, dotyczącego treningu mentalnego. temat został przedstawiony przez prowadzącą, psycholog sportu Joannę Denus, w bardzo ciekawy sposób. czułam jak posiadana już oraz dopiero co zdobyta wiedza układają się w spójną całość. ćwiczenia praktyczne i dialog prowadzony z uczestnikami wniosły wg mnie wiele dobrego, skłoniły do refleksji nad zagadnieniem. często nie doceniamy siły własnego umysłu, sądząc, że same umiejetności ‚techniczne’ nam wystarczą, mistrzów jednak nie ma na pęczki. kto nie był, niech żałuje!
sobota i niedziela standardowo były dniami treningowymi. do tej pory na ‚ladc centrum’ czuliśmy się jak smażone frytki więc nie trudno wyobrazić sobie nasze miny, gdy w sobotni poranek ulewa uniemożliwiła rozpoczecie punktualnie zajęć… ;) nie ma jednak lekko, gdy strumień wody lecącej z nieba przerodził się w większy kapuśniaczek zaczęliśmy! do końca seminarium, w kwestii pogody mieliśmy zmienne szczęście, jednak o tym, że słońce też z nami było przypominały mi później, sięgające połowy przeramienia, wysmażone na czerwono ‚rękawki’ ;)
w tym roku przypadły mi do prowadzenia grupy początkujące i szczeniaki. czasami zdarza się tak, że stykając się po raz pierwszy z dogfrisbee człowiek myśli sobie ‚o raaaany, ja tak chcę, rzucę fafikowi, fafik złapie, będziemy najlepsi’, a później idzie zdobywać wiedzę i umiejętności i im bardziej odkrywa, że jest ich dużo, tym bardziej mina więdnie, zapał opada, bo okazuje się, że pstryknięcie palcem nie wystarcza, a bez pracy nie ma kołaczy. żaden z ‚moich’ uczestników nie należał do tej grupy! takie miałam szczęście! dane mi było pracować z ludźmi z olbrzymim zapałem, chęcią do zdobywania nowych skilli, którzy nie bali się pytać, dyskutować, którzy drążyli temat. z ręką na sercu mogę powiedzieć, że spędziliśmy wspólnie czas w sposób bardzo produktywny i dla mnie, osobiście niesamowicie inspirujący.
na koniec odbyło się rozdanie dyplomów, wspólne zdjęcie iiiii…. jako prowadząca dostałam cudną niespodziankę! TADAAAM:

a tutaj namiastka tego, co się działo:

-> DCDC Wrocław 31 maja – 1 czerwca

oj. ojojoj.
jak zima, co roku, zaskakuj drogowców, tak Wrocław w tym roku zaskoczył mnie…
popełniłam już raz ten błąd i 3(?) lata temu będąc na zawodach nie wystartowałam w nich. zarzekłam się wtedy, że już nigdy więcej więc mimo kontuzji uniemożliwiającej normalne poruszanie się od maja… bardzo! bardzobardzobardzo! chciałam wystartować. niestety, możliwość zgarnięcia dysku z ziemi jest niezbędna do zrobienia fristajlu toteż z wielkim smutkiem, czekając na poprawę do samego końca, musiałam zrezygnować ze startu w openach :( ale, ale! nie ma tego złego, przecież zostaje super pro! mimo mojej ułomności ćwiczyliśmy zacnie z Qsławem zarówno piękne i mądre łapanie jak i dalekie rzuty! przecież szło nam świetnie, rok temu w Poznaniu trzasnęliśmy 24,5 pkt więc może by się pokusić o 25…? plan był wspaniały, jednak trochę martwiło mnie wspomnienie startów w Opolu, gdzie osiągnięcie czwartej linii było związane z walką na tyle wielką, że celowanie w środek odeszło w zapomnienie. no, ale przecież na treningach szło nam świetnie! tak świetnie, że aż w moim umyśle pojawiła się nieśmiała wizja longa! taaaaa… longaaa-pauonkaaaa ;]
zanim dowiecie się jak bardzo spierdzieliłam, chciałabym pochwalić się, że w ramach wsparcia inwalidy, otrzymalam od Pauli możliwość wystartowania z Hondą w tossie! razem z Dżonym tworzymy trudny, choć pełen pasji związek. Torpedka, jak na torpedkę przystało pięknie popierdziela, szybko wraca, jest bardzo czuła na wskazówki ze strony przewodnika i… jest psem Pauli, która 97% dysków rzuca na odległość bliższą niż dalszą, a tossa trenuje – jakże by inaczej! – głównie na zawodach :P
wracając do osiągniętych we Wrocławiu wyników – miało być tak pięknie, a wyszło… jak wyszło. być może fakt, że po raz pierwszy od bardzo dawna, pojechaliśmy z Qsławem sami na zawody miał na to wpływ, byc może za dobrze sie przygotowaliśmy i było to na tyle niezwykłe, ze nie mogło się udać… ;) w każdym razie, daliśmy ciała na maksa. ja rzucałam jak dziki trol, próbując na siłę uzyskać odległość i przełamać zakwasy po wcześniejszym, przypadkowym rzucaniu cegłówką, on oślepiony blaskiem jasności fikał nie zawsze w najmądrzejszy sposób, a ona? Dżono-Dżona rozbiła wszystko doskonale, tylko gdzieś na początku 3ciej strefy wsysał ja tajemniczy wir i wypluwał na czwartą w pełnej dezorientacji :P jeszcze chyba nigdy nie wokalizowałam tak w trakcie startu, ale przynajmniej pochłonęło to cała moją uwagę i energię których starczyło już na stresowanie się :) druga runda w niedzielę, łatwiejsza po takim skopaniu, poszła nawet nie najgorzej. psy i ja wyciągnęlismy się, tym razem wzięłam dobre dyski, zostawiając cegłówkę w namiocie i tak z Q osiągnęliśmy bodaj 19,5 pkt a z Hondą UWAGA!! 22! Dżonatan na tossie skacze nieznacznie, szczególnie, ze przywykła do startów ze swoją paniunią, toteż tym bardziej cieszy mnie nasz wynik!
to były pierwsze zawody, od bardzo dawna, na które pojechaliśmy sami z Qsławem. Szymon i reszta bandy zostali w domu pilnować Rudego. równowage w przyrodzie, pomagając rosnąć memu sercu zapewniły jednak dwa spotkania rodzinne!

Włóczniki:

Kjułiki:

i konferansjerka z Pusheenem!

-> DCDC Poznań 14-15 czerwca

Poznań, miasto doznań.
Pauonków, Dżonów i Rudych Ronów!

po wrocławskiej abstynencji fristajlowej uznałam, że mówi się trudno, pierdziele! będę się czołgać, turlać, kompromitować, ale startujemy! jak zawsze był wspaniały plan :D tym razem obejmował stworzenie nowego free. trudno tego dokonać w 1,5 tyg zachowując normalną aktywność zyciową. jeszcze trudniej z niedziałającym kolanem, ale nie ma że boli! nie zdzierżyłabym świadomości, ze zostały mi jedne zawody z serii dcdc na których moge wystartować. treningi sekwencji, które odbyliśmy z Q przed zawodami były kosmiczne. chyba jeszcze nigdy mój pies mnie tak pozytywnie nie zaskakiwał, nigdy nie odniósł tylu sukcesów, ah… płynęlismy na tęczowej fali. pazerność moja wzięła górę i uznałam, że skoro idzie tak świetnie, to zrobię jeszcze treningi we wtorek, czwarte i PIĄTEK PRZED ZAWODAMI (SIC!) w trakcie których stworzę i opracuję nowe sekwencje. zastanawiam się czy jest możliwe, że nie zauważyłam jak spada na mnie gigantyczny kamień z nieba, jak wali we mnie piorun czy też może był jakiś inny powód takiego zaćmienia, ale cóż… tak właśnie było. wstyd mi za to okrutnie i bijąc teraz pokłony przed Qsławem, który mimo moich szaleńczych wizji, dał radę psychicznie i fizycznie, obiecuję z ręką na sercu, że juz nigdy więcej tak nie zrobię. jeśli będę próbować, niech mnie pochłonie jasność ;]
my tu sobie pitu-pitu, a jeszcze ani słowa o starcie! prawie jak zawodowy snajper, udało mi się ustrzelić doskonałą pozycję na liście startowaj, a konkretniej byliśmy na drugim miejscu. sytuacja idealna, bo pierwszemu jest najtrudniej, a z drugiej strony im dalej, tym więcej stresu dla mnie. traf chciał, ze bezpośrednio przed openami, miała miejsce runda kwalifikacyjna do dogdajwingu, na którym despotycznie dzierżę mikrofon i który kocham miłością szaloną, toteż ostatecznie wystartowałam jako przedostatnia, a miss platformy, Paula z Weną, zamknęły super openową stawkę. na stresik miejsca nie było, pierwsze dźwięki naszej zacnej brend nju mjuzik pokierowały mnie w jedyną słuszną stronę i… choć nie wszystko poszło zgodnie z planem, to byłam bardzo zadowolona z naszego występu. sekwencja blisko ciała z vaultami wyszła nam przecudnie ze 100% łapalnością, ładnymi, wczesnymi, wysokimi rzutami, z doskonałą, świadomą pracą Q i już nawet passing i zigzak (które potencjalnie miały być elementami pewnymi, a na zawodach totalnie nie wyszły) nie były w stanie odciągnąć moich myśli w złą stronę :))


fot. Andrzej Podgórski

to był ten moment, którego życze każdemu – poczucie sukcesu, miejsce, punkty są wtedy kompletnie nieistotne. niedzielny występ był na dość podobnym poziomie, przebiegł według bezcennej wskazówki Gumiszi czyli ‚nie śpiesz się’, część rzeczy wyszła lepiej, część trochę gorzej, ale generalnie… czy ja naprawdę rozważałam niewystartowanie?! fristajl, fristajl… tossik kurna! przy relacji zawodów wrocławskich wspominałam, o nierównej walce z tą konkurencją. w Poznaniu, po raz PIERWSZY!!! w życiu!!! zrobiłam 3 równe rundy toss&fetcha. z rzutami, które nie były absolutnie idealne, ale całkiem nienajgorsze, z wolnym od chaosu umysłem, z absolutnie-zajebiście-fantastycznie pracującym psem! raaany, jakie to fajne! w sumie zdobyliśmy 44,5pkt w Super Pro, tym samym piąte miejsce i kwalifikacje na finał krajowy, 120,61pkt w Super Open, siódme miejsce i kwalifikacje na finał krajowy oraz tytuł mistrza pod wezwaniem pauonczarskiego umysłu i dumę, która rozpiera do dziś :) nie byłoby to możliwe, gdyby nie bezcenne wsparcie pauonk squadu i najlepszy, jaki można sobie wymarzyć doping elity z górki – bardzo Wam kochani dziękuję!


fot. Andrzej Podgórski

pisząc o poznańskich zawodach nie mogę nie wspomnieć o moim kolejnym spełnionym marzeniu – dostałam możliwość sprawdzenia się w roli sędziego oceniającego freestyle! w udziale przypadły mi startersy, a konkretniej kategoria pies. przeczytałam kilkukrotnie regulamin, obejrzałam setki filmików, sporządziłam notatki, opracowałam sobie system oceniania i… jak zawsze teoria-teorią, a praktyka-praktyką. jeden mózg, jedna para oczu i dwie ręce okazały się być niewystarczające, mnogość decyzji do podjęcia i świadomość ich konsekwencji powodowały, że kilka minut między występami, dające czas na ocenę, mijały niczym kilka sekund. aspektów do rozpatrzenia było wiele, niby tylko ocena psa, ale wszystko, co dzieje się na polu ma na nią wpływ przez co ostateczne równanie dalekie jest od „2,5 – 1 + 0,75”. zawsze zastanawiałam się, jak niektórym udaje się sensownie oceniać występy przyznając setne częsci punktów. teraz już wiem, że wymaga to niesamowitej wiedzy, doświadczenia i oleju w głowie. dzięki możliwości sprawdzenia się w tej roli jeszcze bardziej chylę czoła przed takimi sędziami – czapki z głów!

-> seminarium w Szczecinie 21-22 czerwca

ledwie wróciliśmy do domu, a już czas był wyjeżdżać. znowu Poznań, choc docelowo Szczecin, no, ale boże ciało zobowiązuje :)

w ramach płodozmianu, pojechaliśmy z Gumiszi na adżilitki, gdzie Książe Ciemności, razem ze swą wielką miłością Matką Wu popylali przez hopeczki robiąc wybitnie mądre rzeczy.

chwila relaksu i sio, w drogę! by ją sobie umilić zaliczyłyśmy moczenie stópek w jeziorku

później rajd czerwoną strzałą, życie na krawędzi na górce, wiatr we włosach, krówka w zębach i jednokierunkowe, rozkopane uliczki w Szczecinie… ;)

seminarium odbyło się ekstremalnie wietrznej i niesamowicie miłej atmosferze. poznałyśmy sporo nowych, obiecujących par psio-ludzkich, które dzielnie walczyły o kontrolę nad poczynaniami wyrzucanych dysków.

bardzo spodobała mi się różnorodność rasowa, szczególnie, że wszystkie psiaki wykazywały się dużym zaangażowaniem i chęcią pracy, choć w myśl teorii, że pies upodabnia się do właściciela, trudno jest się temu dziwić :)
weekend minął nam bardzo pracowicie, ale też inspirująco, a przy okazji zostałyśmy tak bardzo rozpuszczone towarzysko i kulinarnie, że aż nie chciało się wyjeżdżać, a poczucie odległości od Szczecina zdecydowanie zmalało! dziękujemy za wspólnie spędzony czas, dodatkowo Magdzie i Gosi za organizacje oraz Marcinowi za odporność na bezczelność naszych bestii i cierpliwość w spełnianiu mojego marzenia o planszówkach <3 no, dobra… za truskawki też!

na koniec dodam, że szczeciński wypad był pierwszą okazją dla Naia do lekkiego pląsania! choć daleko mu było do pełnej swobody, to pięknie prezentował swe umiejętności i trwaliśmy tak wspólnie w euforii ciesząc się nowymi możliwościami :)

radość, radość, wszędzie radość… chyba było aż za dobrze. przedwczoraj minął miesiąc, od kiedy nasze stado pomniejszyło się.
pięć psów to dużo, zawsze mówiłam. teraz wiem, że cztery to o jednego, TEGO jednego za mało…
ostatnie zdjęcie Zamsza.