Category Archives: subiektywnie

Wroclove

love. nie-love. love. nie-love. love?
podobno od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok, postanowiliśmy sprawdzić to na własnej skórze.

ostatnio pisałam o planowanej konsultacji w kwestii Kjułikowego kręgosłupa.
Qsław – love.
Qsław nie robiący nic przez trzy tygodnie, obserwujący jak Rudy może wszystko i jęczący z tego powodu dzień i noc – NIE love.

ubiegły weekend. piątek, konkretniej.
nadszedł ten dzień, pomknęłyśmy z Paulą i trzema burasami na wizytę do dr. Anety Bocheńskiej i….
pani doktor stwierdzająca, że Kjułiczek jest jak z bajki – LOVE!
komplet zdjęć rtg, który w zasadzie w całości nadaje się do powtórki – NIE love…
Qsław zasługujący na naklejkę dzielnego pacjenta i dający ze sobą zrobić wszystko – love!!!
Qsław tak bardzo zaangażowany w robienie z nim wszystkiego, że aż nieprzestawiający wygiętych łapek ‚bo pani doktor kazała, a pańcia pacza’ – zawał serca i nie love!
pomysł by Paula przy nim została, moje wyjście z gabinetu i odpowiednie reakcje Księcia – po stokroć love!
wspaniałe podejście, niesamowite zaangażowanie, wiedza, umiejętności i pasja u dr Bocheńskiej – love, love, love!!!

ooooo, rany! już nawet nie kamień, a wielki głaz spadł mi z serca po tej wizycie! co prawda Qsław w trakcie zadbał o jego migotanie (reakcja z łapką) ale gdy wszystko sie wyjaśniło, poniosła mnie tęcza! choć zdjęcie nie było do końca optymistyczne to pani doktor powiedziała, ze leczy się psa, a nie kliszę, a Qsław, cóż… czuje się świetnie i jest w dobrej kondycji (cytat!). dostaliśmy zielone światło na wszelkie pląsania i zalecenie powtórzenia zdjęć oraz pokazania się za kilka miesięcy, zeby zobaczyć co w kjułiczkowych pleckach piszczy.
dobre wieści zdrowotne to jedno, ale fakt ‚odkrycia’ wspaniałego lekarza cieszy mnie niezmiernie. Aneta Bocheńska łączy w sobie profesjonalizm w każdej postaci z niezwykłym otwarciem na drugą stronę – psią i ludzką. to nie zdarza się często. pani doktor specjalizuje się w medycynie psów sportowych, neurologii i rehabilitacji, a na dodatek wie z czym się je border collie ;) gdyby ktoś potrzebował, szczerze polecam gabinet weterynaryjny GRYF we Wrocławiu (klik)

no, dobra, ale Wrocław, decedece, halo!
skoro już mamy śmigającego Q to przejdźmy do zawodów! :D
postanowiłam skorzystać z zielonego światła i podtrzymałam zgłoszenie Ksiecia do super pro. z lekką obawą z jednej strony (bo jęczał, musk mógł wyparować) i kołczingiem pauonka z drugiej (daj mu popląsać, odstresujcie się, bez ciśnienia) podeszliśmy do dwóch rund.jedyne o czym myślałam, to potencjalna pauka u Q, bo – u w a g a – tak dobrze przygotowana do tossa to jeszcze nigdy nie byłam!
zgodnie postanowieniami po zeszłorocznym finale dzielnie brykałam na własne treningi rzutowe i choć dokładnego pomiaru odległości nie dokonałam, to zauważalnie zwiększyła mi się jakość rzutów i ich odległość ( a przecież ostatnio brakowało w okolicach metra do czwartej strefy!). no to siup, najpierw rozgrzewki. zdecydowanie zabrakło mi poczucia pewności w kwestii tego co robię, ale przecież to pierwsze zawody, gdzie będę po sformatowaniu rzucania mierzyć w czwartą strefę. więcej luzu, będzie dobrze. gdy wszystkie dyski lądowały za czwóreczką, a część z nich aż za bardzo za, pomyślałam, że jest dobrze i na tym skończyłam. a mały muskowy pauonczek siedział pod czachą i zawijał je w te sreberka… tak bardzo je zawijał, że z ręką na sercu, pamiętam z pierwszej rundy tyle, że był klops… spokój i pewność, którą sobie ukochałam zwiały chyba do sadzawki z wodą nieopodal pola, a ze mną zostali ich gorsi kuzyni. problemem było to, co miało nim nie być, za to Qsław… ah, ten Qsław! raz się dał ponieść, a poza tym… <3
na tym, wątpliwym w moim, wykonaniu, popisie skończył się dla niego pierwszy dzień zawodów więc przejdę teraz do Rudego, może to mnie trochę usprawiedliwi.

Qsław – love.
rzucająca pauka – nie love.

Rudy Titeł. oh, rany, rany…
rok temu, na tych samych zawodach siedział w domu i goił bark ze smutną minką w koszulce od babci Pająk. a teraz? oto i on, Rudy Ron, z wypiekami na polikach, gotowy na pląsanie! wzrusz + 100 i za to wielkie love. w ramach przeciwwagi, na dwa-trzy tygodnie przed zawodami zaliczyliśmy kilka takich treningów, że zaczęłam sprawdzać regulamin obi. ale to Włócznik! ja trochę też się nim stałam, toteż w ostatnim tygodniu nastąpiła pełna mobilizacja oparta na planie doskonałym. zaświeciło słońce. na trzy dni przed zawodami powstał fristajl, który przećwiczyliśmy raz. zagrało. zapamiętałam go w jakiś dziwny, intuicyjny sposób. muzyka, ah! MUZYKA. jak już przedarłam się przez wszystkie szalone rude, śpiewające wiewiórki i dolazłam na koniec internetu, gdzie czekał na mnie Ron Rudy(klik) i wiadomość do niego(klik) postanowiłam postawić na to, przy czym stopa zacnie pląsa. no, skoro stopa pląsa, a ja będę czwarta to spróbuję nie myśleć o tym, ze przed naszym występem pewnie nie raz widzowie usłyszą to. tu-tu-ru-tu-tu-ru-tu-TO.

muzyka do fristajlu niosąca falę – love
powrót mózgu Naieczka – LOVE!
osobisty doradca ds pląsów Rudego i osobisty doradca ds pląsów stopy – love!!!

było tak słodko-różowo-rycząco-rzygająco, że nawet nie wpadłam na to, że mój pieseł przestraszy się dziewczynek stojących przy polu i bawiących się tęczowymi sprężynkami, takimi O (klik). spłoszony, niczym łania na drodze szybkiego ruchu, Titeł wyparował, choć cieleśnie ewidentnie tam był. klapki na rudych polikach, mogiła. udało mi się dotrzeć do niego, ale czułam, ze granica jest cienka. przeżyliśmy pierwszą rundę super pro, rozglądając się, stresując i psując co się dało. bywa. smutek był. a chwilę póżniej przyszła miłość, bo mimo, że potwór zaatakował go srogi (żebyście wiedzieli do czego są zdolne takie sprężynki!) i kropki na łapach się trzęsły jak osika, to pracował. jakoś, ale pracował. ‚mamo, zrobie to, ale ochraniaj tyły i uważaj na siebie’. no jak go nie love?

co nam zostało w sobotę? fristajl w super open!
mówiąc, ze się nie stresowałam, skłamałabym. niemniej! był to stres przyzwoity, trochę bym rzekła, że mobilizujący, ooohhh LOVE! wyszliśmy na pole, rozłożyłam dyski, Titeł powiedział ‚mamo, tylko powiedz’ i powiedziałam.

rany, jak ja się jaram! było pięknie! lepiej niż sobie wyobrażałam! on pląsał, łapał, robił co miał robić, ja pląsałam, rzucałam, wiedziałam, co chcę zrobić. nie był to fristajl mojego życia, ale debiut, owszem. zrobiliśmy się kilka razy w balona ale będzie lepiej.

plan, jaki sobie założyliśmy wykonaliśmy ponad normę. cieszyłam się do końca dnia jak głupi do sera. rudego. maasdamera chociażby.
pierwszy fristajl

drugi dzień.

pierwszy start to toss do openów. nie ma o czym mówić w zasadzie. ja – częściowo pauka, on – częściowo pauka. nie love.
biorąc pod uwagę klasyfikację po pierwszym dniu, to daleko nie upadniemy :3

później zapowiadało się na ciąg dalszy wątpliwych przyjemności dystansowych, ale jednak czynniki zewnętrzne potrafią wiele zmienić. szepczące skrzaty. przecież to Książe, miałam nie myśleć za dużo tylko rzucać. no to rzuciłam. 19 punktów, lepiej. daruję sobie autodissa, powiem tylko, że jestem wdzięczna Q. łapał wszystko w pięknym stylu, pląsał, wracał, dał mi błogi spokój mózgowy w tej rundzie. 3 tygodnie przerwy, pieseł się gotuje, czacha paruje, a później przychodzi ten moment i jest i on, pan ideał. uzmysłowiło mi to, jak się spinałam w rundach z Naiem. jak absorbowałam tym, co robi, jak robi. z Q po prostu popłynęliśmy. LOVE!

w towarzystwie serduszek przytupaliśmy z Rudy z drugi fristajl. żadnych zmian, lekka poprawka na rzeczywistość po pierwszym występie. tak jak w sobotę nawet nie słyszałam muzyki w trakcie, tak w niedzielę zaczęły do mnie docierać otaczające nas odgłosy. o, rany, rany!

radośc ma nie zna granic! było lepiej, pomijając najbardziej gniotowatego overhanda w moim życiu :D tylko… ktoś mi podmienił psa! zamiast niepewnego Naieczka od tęczowych sprężynek pojawił się zdeterminowany Rudy Ron pragnący złapać każdy (prawie) dysk, pląsający tak, że nawet matka nie sądziła, ze tak umie i pomykający w stylu dzikiej, rudej gazeli! o, paczcie!(klik) LOVE! LOVE! LOVE!

dumna jestem niesłychanie, choć nie ukrywam, ze przełknęłam trochę goryczy patrząc na kartę, gdzie najwyżej punktowany mamy execution, a oceny za team wahają się między 1,5-1,79. myślę sobie jednak, że ogromnego zadowolenia nie odbierze nam nic i z dwojga złego lepiej w tę stronę. pierwsze koty za płoty, a przyszłość wygląda jak galaxy candy mountain – byle tylko nerki zostały na miejscu ;)

pisząc o Wrocławiu nie mogę nie wspomnieć o dzieciach Q – Sancie i Setusie. oboje odnieśli swoje własne, wielkie sukcesy!
Setus przepracował pięknie swoją rundę w super skupieniu,

Santa za to zadebiutowała w ładnym stylu ze świetną skutecznością!

serducho rośnie i mi i Qsławowi :))

rewelacyjne openowe fristajle to jedno, ale wielkie emocje wzbudziły we mnie rundy Wioli z Harrym i Agaty z Kejsi ze startersów. dziewczyny widzą dlaczego :)

tyle pozytywów i tylko troszkę foszków, chyba jednak… wrocLOVE!

ps.
jak mogło być inaczej skoro baterie ładowaliśmy tak:

/dumny hodowca, młody narybek, matkawszechczasów/


Książe Ciemności vs Książe Hejtu

jeśli czytając tytuł liczyliście na materiały dotyczące walk psów to muszę Was rozczarować…

setny wpis na blogu to dobry argument do napisania małego porównania.
wspominałam już o tym, że mały Nai od małego Q różni się praktycznie wszystkim. tym razem wdam się trochę w szczegóły.

1. Pojawienie się w moim życiu.

od kiedy poznałam możliwości jakie dają wyższe levele bycia właścicielem psa (Zelówki) bardzo chciałam spróbować nowych skilli na szczeniaku. upłynęło od tego czasu kilka lat, jednak sama decyzja o wzięciu Q była dość spontaniczna, zarówno w kwestii wyrobu rasy jak i tego, konkretnego malucha. można powiedzieć, że los zadecydował bardziej niż ja :)

w przypadku Naia hmmm wszystko było jasne. rasa wiadoma, skojarzenie wybrane w trudach i mękach… ;) oczekiwanie na cieczkę, później na wynik pierwszego usg, poród – bezcenne!

2. Wybór szczeniaka.

w miocie Kjułiczka nie miałam wyboru. mimo to, mogłam z obcować ze wszystkimi szczeniaczkami, porównywać je, dzięki czemu wiem, że nawet mając taką możliwość, nie wybrałabym inaczej. Q był dokładnie tym, czego szukałam.

Wena urodziła 5 piesków. pierwsze zdjęcia i wielka miłość do szczeniaczka nr 3. nie wiem dlaczego. miałam możliwość wyboru. sprawdzałam, porównywałam i zdecydowałam się na tego, do którego silniej zabiło serce mimo poczucia, że nie jest ‚naj’… z jednej strony wiedziałam, że bardzo go chcę, z drugiej miałam tysiąc wątpliwości czy podołam.

3. Wygląd.

Q jest i był idealny. no dobra, mógłby mieć dłuższy ogon… ;)

w każdym razie, jak wyobrażam sobie wizualnie idealnego bordera, to jest on czarno-biały. klasycznie, symetrycznie umaszczony. białe przednie łapki, na tylnych skarpetki sięgające stawu skokowego. pełna kryza. biała kufa, strzałka niezbyt duża. ciemne, migdałowe oczy. pejsy po bokach ryjka. wysoko załamane uszy. brak kropek. proste, twarde, średnio-długie futro. średni wzrost, średnia ‚mocność’. bardzo dobre kątowania. proste łapy. pełna klatka piersiowa. długa szyja. wyraz ładny, ale nie przesłodzony.
tak właśnie zapowiadał się Kjułik.

a teraz spójrzcie na Naia… jest sobie to-to rude, krzywołapne. symetryczne to ma brrr jedynie podpalania. kropki na łapach nie dość, ze czarne to i rude. oczy może nie tak jasne, jakby mogły być, ale do ciemnych im daleko. mocniejszy niż słabszy. kąty mogłyby być lepsze. uszy jak naleśniki. szyja jak u pudziana. wyraz gamonia…;) za to ogon dłuuugi!



4. Zachowanie.

mały Kjułieczek – odważny, kreatywny, mający w nosie wszelkie rozproszenia, uwielbiający szarpanie. zachowywał się, jakby wszystko doskonale znał. pani na wózku, metro, włochaty pies, budowa nic nie robiło na nim wrażenia. był mega skoncentrowany na mnie. przywołanie, nauka czystości czy nowych rzeczy były banałem. nie czuł potrzeby zabawy z innymi psami, witania się z każdą osobą. gdy poznał kogoś i obdarzył sympatią to kochał bezwarunkowo. zatracał się w szarpaniu zabawką, ale nie potrafił jej przynieść – mimo wielkich chęci widać było, ze sam nie potrafi wymyślić podania jej do ręki. zabawa tylko ze mną, czymkolwiek. nie był miziastym szczeniaczkiem, był za to poważny. nieprawdopodobnie uwierała go obroża i szelki, a chodzenie na smyczy wymagało ode mnie dużo cierpliwości. dla Q nagroda była nagrodą, nawet jeśli towarzyszyły jej gromy emocji w tle.

mały Nai jest kompletnie niepoważny. kocha wszystkich i wszystko. pląsa wszędzie i ma sprężynkę w pupie. potrafi zdziwić się nowościami. na jednym z pierwszych spacerów wystraszył go ryk motoru, ale na szczęście ratunku szukał u mnie. przejmował się szczekaniem innych psów, choć szybko mu przeszło. na początku był trochę niezależny. widział wszystko, motylka, listki, fruwające mlecze, słupki od ogrodzenia i natychmiast musiał to obwąchać. wąchanie, oooo! świat zapachów jest dla niego wciągający. chodzenie na smyczy i załatwianie się na zewnątrz nie były dla niego najmniejszym wyzwaniem, choć potrzeby zrobienia siusiu już nie koniecznie sygnalizuje. każda napotkana istota musi być przywitana i w większości przypadków prezentuje glizdę. szarpanie, a i owszem, choć na początku bez większego bzika. niemniej, rzucony przedmiot musi być wzięty w pysk i stanowi dla niego dużą wartość. gdy tylko skojarzył, ze zabawka w moim ręku oznacza dalszy ciąg atrakcji, z wielką pasją przynosi wszystko, co tylko zaproponuję. lubi bawić się sam i z innymi psami. smycz, obroża, szelki, dzwoniący identyfikator? żaden problem! za to klej na uszach, wrrr. jest synusiem paniuni. uwielbia być blisko, jak się go głaszcze, kocha jak się do niego mówi czy nawet śpiewa. upał, nagrzane auto, nie ważne, pakuje się na kolana. nagroda w postaci smaczka czy zabawki jest świetna, ale moja radość z tego co zrobił, wbrew pozorom ma dużo większe znaczenie.

5. Żarłoczność.

Q za młodu nie odczuwał wybitnej potrzeby spożywania czegokolwiek. jadł tyle, ile musiał, ale wychodził z założenia, że kawałek mięsa zostawiony w klatce zabija… ;)

Nai przez chwile jadł ilości przyzwoite, jednak po wzgardzeniu pizzą na zawodach we Wrocławiu, przemyślał sprawę i najpierw połyka, a później myśli. mięso, owoce, nabiał, papier, skarby na spacerze – cokolwiek co da się połknąć.

6. Borderowość.

Qsław próbował jej dwa razy. raz zaczajając się na gołębie na dworcu, drugi raz wyskakując na ruchliwej ulicy przed jadące auto. za każdym razem spotkało się to z moją nieprzyjemną reakcją i nigdy więcej nie powtórzyło z jego strony.

Naiek lubi spowolnić swoje ruchy, gdy nie wie czego od niego chcę lub niekiedy, gdy wie, ale bardzo chce dostać to, co oferuję. auta, rowerzyści, zwierzyna nie ruszają go.

7. Moje podejście.

z Q robiłam dużo, bo przecież to border i trzeba go zmęczyć. nowe sztuczki, wzmacnianie mnóstwa rzeczy, intensywna socjalizacja. pańcia jest w centrum, nic innego nie istnieje. dość szybko zaniechałam rzucania zabawek, widząc, że ich nie donosi więc i to zaczęliśmy ćwiczyć, a równolegle tysiąc sposobów na wykorzystanie energii bez biegania po aport. chodził ze mną wszędzie, wyszukiwałam mu atrakcji i nie dałam od siebie odpocząć. zachłyśnięta fenomenem bordera cieszyłam się z ‚pakietu wbudowanego’ nie próbując go kształtować.

biorąc Naia od początku wiedziałam, że nie chce popełnić poprzedniego błędu i zamierzam dać mu być po prostu szczeniakiem. nie było oczywiście idealnie, bo od szczenięcego okresu Q zapomniałam trochę, że szczeniak to szczeniak i nic nie wie. z jednej strony daję mu luz jeśli chodzi o zdobywanie nowych umiejętności, z drugiej miałam spory problem z wyważeniem w pracy z nim tego, co jest już dużym poświęceniem, a co przychodzi automatycznie. ze względu na zupełnie inny tryb życia mam poczucie, że poświęcam mu za mało czasu. gdy wydaje mi się, że mamy z czymś problem, rozwiązanie go zwykle okazuje się być banalne.

* Co je łączy?

przede wszystkim to, że są moje do bólu. za obydwoma skoczyłabym w ogień.
są inne, ale oba wspaniałe. uczą mnie zupełnie inne rzeczy nazywać sukcesami i pięknem. pokazują, że schematy można sobie wsadzić w kieszeń.
w przypadku pracy z jednym i drugim unoszę się na chmurce, bo są w niej bardzo wdzięczne, a sama mam poczucie bycia słabszym ogniwem, co chyba jest mi potrzebne, bo motywuje.
kocham ich bezwarunkowo i choć czasami się na nie denerwuję, to nie wyobrażam sobie bez nich życia.

Mój Q

Mój Nai


DCDC Poznań

będzie egoistycznie, frizbowo i kujowo.

zacznijmy od tego, że…
zawody w których chciałoby się startować fristajlowo, a nie można są do chrzanu.
no, chyba, że wychodzi się na znienawidzone super pro i w pierwszej rundzie robi 13,5pkt a w drugiej 24,5 :D

Poznań w tym roku obrodził jeśli chodzi o ilość zgłoszeń więc było co robić.
słoneczko przypiekało mocno, zegar pędził niemiłosiernie ale i tak z każdym prezentowanym freestylem czułam lekki smutek, że samej nie będzie mi dane wystąpić.

zgłosiłam Kjułiczka do tossa, bo przecież nie mogłabym wziąć go na zawody i nie porzucać frisbee na polu. poza tym, na ten sezon zaplanowałam sobie tosendfeczowe odpauonczanie umysłu.

o tym, że konkurencje dystansowe nie są moja mocną stroną pisałam już nie raz. o tym, że po zeszłorocznym seminarium z Apryl ‚tłukliśmy’ podstawy też coś wspominałam.
miałam takie małe marzenie, po zawodach we Wrocławiu na których wywalczyliśmy 21,5pkt, by tym razem udało się zrobić 22,5.
wiedziałam już, że pies myśli, a ja jestem w stanie dorzucić na tę nieszczęsną czwartą strefę…

pierwszy dzień, pierwsza nasza runda i mocny wiatr.
męczę biednych ludzi na zajęciach frisbee o rzucanie pod wiatr więc cóż mi pozostało? przynajmniej miałam pewność, że włosy nie wpadną mi do oczu… ;) ostatnio cierpię na totalny brak pamięci w temacie przebiegu swoich startów. pamiętam tylko, że pierwsze dwa(?) rzuty schrzaniłam, próbując pokonać wicherek, później w ramach troski o psa rzuciłam jeden krótki, a później była trzecia strefa i dwie czwarte. wyskok był, o środku pola mogłam pomarzyć.
zdaje się, ze nie tylko mi ‚wiatr wiał w oczy’ bo z tak śmiesznym rezultatem wylądowaliśmy na końcu top 20…

drugi dzień, druga runda.
niby coś wieje, ale delikatniej, bardziej przewidywalnie i nie aż tak przeszkadzająco. byłam mistrzem zen i koncentracji do tego stopnia, że moje skupienie pozwoliło mi tylko usłyszeć, ze za chyba pierwszy rzut, na trzecią strefę dostaliśmy 4 punkty, czyli był wyskok i środeczek! nie miałam nic do stracenia więc postanowiłam rzucić ciut dalej, a Q tak pięknie biegł, łapał i wracał, że unosząc sie na różowej chmurce rzucałam dalej :)) dopiero po skończonej rundzie, z psem uwieszonym na dysku usłyszałam wynik – 24,5 punktów! najpierw się ucieszyłam, później nie uwierzyłam, ale nikt nie chciał zaprzeczyć… ;)
chmurka nie opuściła mnie do końca dnia, podobnie jak stale wypowiadane przeze mnie hasło ‚dwadzieścia cztery i pół, ja cie!’

trafiło mi się trochę, jak ślepej kurze ziarno :)) bo prawdę mówiąc, taki wynik w moim wykonaniu, to raczej wyjątkowy zbieg szczęścia i sprzyjających okoliczności, aniżeli nowy standard wynikający ze zdobytych umiejętności. tak czy inaczej, cieszy i to bardzo! szczególnie, że udało ostatecznie zająć ósme miejsce i zdobyć kwalifikacje na finał do super pro.

niedzielny wieczór mistrz dystansu Qsław spędził w towarzystwie mistrzyni fristajlu Hondzi na pięknej, poznańskiej Malcie i to zdjęcie musi wystarczyć w tej notce, gdyż na toss&fetchu nikt nie robi fot ;)

a w ogóle, to…
24,5 – JA CIĘĘĘĘ!


adhd…?

mówi się, że bordery to chodzące adhd.
w sensie, że takie aktywne i potrzebujące pracy. non stop najlepiej.

i tak patrzę na te moje burki, które leżą po kątach, bez względu na to, czy coś robiliśmy 2 godziny temu czy 5 dni temu i nie wiem, podróby jakieś?
jeśli mamy ‚aktywny’ dzień zawsze stają na wysokości zadania. sesja smaczkowa – proszę bardzo! idziemy na frisbee? nie ma problemu! będziemy skakać? jupi! ale żeby miały roznosić dom, skakać po ścianach czy coś niszczyć tylko dlatego, że uznają, że już dawno czegoś nie robiły? co to, to nie… oczywiście, w momentach gdy mam więcej pracy tudzież jestem chora, Qsławowi zdarza się wyszukać samotną skarpetkę i stać nade mną z durnym wyrazem pyska, Zelówce z kolei odbija i po poklepaniu jej dostaje głupawki, warczy i zachęca do zabawy, a Zamsz przy tym wszystkim durnie podskakuje, ale pozbawione zainteresowania z mojej strony zwijają się w kłębek i idą w kimę.

nie rozumiem ludzi, który jarają się tym, jaki to ich pies nie jest ‚sportowy’ bo nie daje im żyć, jeśli w ciągu dnia czegoś nie ‚porobi’. nie rozumiem tych, którzy mówią ‚muszę iść z nim na frizbi przynajmniej 2 razy dziennie bo inaczej mi chatę rozniesie!’. strasznie współczuję, bo każdemu zdarza się mieć gorszy dzień, więcej zajęć czy zwyczajny brak chęci. smutnym jest traktowanie ‚robienia czegoś z psem’ jako obowiązku, a nie obustronnej przyjemności. jeszcze smutniejszym musi być życie psa, który nie potrafi sobie poradzić z samym sobą, gdy ma w 100% naładowane baterie mózgowo-łapkowe.

ahh, zapomniałabym… ja się przecież nie znam! w końcu mam plastiki! ups, przepraszam, kartony… wybacz mi właścicielu ultra-profesjonalnego sport-doga tudzież tru-łorkinga ten nietaktowny wyskok.


zwolnij, na spokojnie.

na fejsuniu, na profilu ec dogrfisbee 2013 powstała ankieta dotycząca stosunku do utworzenia dodatkowej klasy (advanced). możliwe trzy odpowiedzi :
– myślę, że to dobry pomysł
– uważam, że mamy wystarczającą ilość kategorii
– jest mi to obojętne

w gruncie rzeczy już od dawna chciałam ten tekst, nie wiedziałam tylko jak się do niego zabrać, a ankieta hmmm no cóż, trochę luźno, ale jednak zainspirowała mnie…;]

zastanawiałam się dłuższą chwilę którą odpowiedź wybrać.

lubię dogfrisbee.
cieszę się, że ten sport jest coraz lepiej wypromowany i mamy coraz więcej możliwości do startów, a co za tym idzie świadomość społeczna wzrasta.
utworzenie kolejnej klasy/kategorii wpływa na motywację zawodników, bo nie ma sie co oszukiwać, przeciętny świeżak ma niewielkie szanse na sukces w super open czy super pro toss&fetch, a fajnie jest pojechać na zawody ze świadomością, że jest realna szansa powalczyć o pudło.

Jasiu Kowalski ma swojego Fafika, przeczytał artykuły, naoglądał się filmików, a może nawet wybrał na jakieś seminarium z mądrą osobą. ćwiczy sobie z Fafikiem w sposób mądry i przyjemny dla obu stron i chce pokazać się szerszej publiczności – bardzo fajnie, w końcu od czegoś trzeba zacząć, a wiadomo, że ‚nie od razu Kraków zbudowano’. nasz Jaś ma więc lekką tremę przed zapisaniem sie do kategorii dla ‚zaawansowanych’ i postanawia więc sprawdzić siły swojego teamu w klasie dla początkujących – bardzo pięknie! popieram mocno i Jaś może być pewien, że będzie mieć we mnie wiernego kibica :)

gdyby wszystkie mniejsze i większe świeżynki postępowały jak rzeczony Jaś – jak dla mnie, na każdych zawodach możemy mieć 15 różnych kategorii!
z przykrością muszę jednak stwierdzić, że nie zawsze jest tak pięknie i to już nawet nie o samo dogfrisbee chodzi…
większość psich sportów ma narzucone w swoich zasadach limity wiekowe od których można zacząć brać udział w zawodach. mają one na celu zapobiegnięcie przedwczesnym, zbyt obciążającym treningom.
każdy propagator kyno-aktywności z uśmiechem na ustach krzyczy ‚dogsport is fun!’, ah… żeby tak było…

tymczasem mamy totalnie głupią tendencję do urabiania szczeniaczka od początku, co by na pewno mistrzem był!
zerówki od 15 miesiąca? no to popierdzielamy po hopeczkach szybciutko, tłuczemy strefunie, machamy slalomiki – przecie skoro chcę wystartować z 15 miesięcznym burkiem to on juz! wtedy! musi! wszystko umieć! a nim sie obejrzę minie 18 miesięcy i sruuu do openów!
free na zawodach od 18 miesięcy? dlaczego w takim razie twój roczny piesek nie umie jeszcze vaultów?!?! wiesz ile czasu zostało do startów? tyle co nic! raz, dwa machaj odbicia, bo jak się zagapisz, to Ci się… czkawką odbije startowanie! a dystansiki? 12 miesięcy wystarczy więęęęc… drodzy państwo! 16 tygodni i trzaskamy bekhendzik! nie skacze jak aussik? nie ląduje na 4 łapy? oj, ja bym napisała hodowcy co o nim myślę…

szczeniaczki to jednak tylko część tego ‚tortu’.
są i tacy, który do sportu przymierzają się z dorosłym pupilem. wchodzą na fora, czytają o kilkumiesięcznych mistrzach, oglądają filmiki na których kilkunastotygodniowe szczenie (tak! SZCZENIE!) ładuje się zadkiem na ściane, wskakuje na plecy, łapie frizbiacze i jaka myśl ich nachodzi? ‚to co ja Tofikiem robiłem przez te cztery lata? ledwo łape podać potrafi…’ no i zaczyna się nadrabianie zaległości… zamiast 2 razy w tygodniu śmigamy na trening dwa razy dziennie, pies ma łapać-łapie! biegać-biega! pytanie jak? co za różnica czy skutecznie czy szybko, ważne, że w ogóle w końcu już za chwile nasz debiut! a że do openów się na razie nie wybieramy, to przy innych cyt.: „gamoniach” ze startersów może nie będzie się aż tak bardzo rzucać w oczy, że mój pies to w zasadzie… rzyga frisbee ;]

wracając jednak do możliwych odpowiedzi w ankiecie – została nam druga, którą sama wybrałam i trzecia.

nie miałabym w gruncie rzeczy nic przeciwko kolejnym, mniej lub bardziej wymyślnym, kategoriom dodatkowych. mi zostało super pro i super open do wyboru. pod tym względem – jest mi to obojętne.
moje wewnętrzne zasady sprzeciwiają sie jednak głupiemu i krótkowzrocznemu parciu na szkło. czym innym jest chęć nie wskakiwania od razu na głęboką wodę, zmierzenia się z równymi sobie i danie sobie szansy na piękny, uczciwie zdobyty puchar na pierwszych (kilku) zawodach, a czym innym priorytet ograniczający sie jedynie do zdobycia tegoż bibelotu bez względu na cenę, jaką nasz pies musi za to zapłacić.


jest takie piękne powiedzenie ‚czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci’.

bez względu na to w jakim wieku jest nasz pies, gdy zamierzamy zabrać sie za dany sport jest tyyyyle rzeczy w kategorii ‚foundations’ które warto i należy robić! należy do nich między innymi motywacja – ale nie jej zabijanie, lecz rozbudzanie.
róbmy z psem agility bez przeszkód, frisbee bez dysków, obedience bez ‚typowych, regulaminowych ćwiczeń’ bo robiąc solidne podstawy będziemy mieć solidne fundamenty do budowania sukcesu w jakimkolwiek sporcie.
właśnie wtedy realizacja kolejnych wyzwań będzie tylko kwestią czasu i chęci, że już nie wspomnę o laurach, które same za tym idą. mamy ‚fun’ i my i nasz pies na długie, długie lata, a jest to naprawdę dużo przyjemniejsza niż patrzenie na półkę z tysiącem medali i pucharów :)

dzisiejszy odcinek sponsorowała prawie już 11letnia literka Z ;-)

6 lat

8 lat

10 lat

obecnie, na emeryturze…;)


gorzkie żale.

zostały dziś ogłoszone terminy DCDC na przyszły rok:

DCDC WROCŁAW 1-2.06
DCDC POZNAŃ 22-23.06 – USDDN QUALIFIER, DOG DIVING CHAMPIONSHIPS
DCDC SOPOT 10-11.08
FINAŁ DCDC WARSZAWA – 31.08 – 1.09

lud się cieszy!

ha, tylko żartowałam.
lud się nie cieszy, bo lud nie zauważa, że kolejny rok, ósmy, jeśli dobrze liczę będą organizowane naprawdę fajne zawody. seria konkretniej. zawsze wszystko dopięte jest na ostatni guzik, w fajnej atmosferze spotykają się miłośnicy tego sportu, jest okazja do rywalizacji, ale też do pogadania, wyluzowania się. oceniają nas nie rzadko zagraniczni sędziowie. poza samym dogfrisbee moc atrakcji, pokazy, dodatkowe konkurencje, szkółki, porady.
lud się nie może, w morde jeża, cieszyć, bo nie ma zawodów w chorzowie!! no jak ktoś śmiał? przecież wszyscy BYLI PEWNI, że będą, a tu nagle NI MA. i nikt nie chce wytłumaczyć, skandal nad skandale! kto to słyszał, żeby nie wystosować oficjalnego listu z wyjaśnieniem i przeprosinami, przecież tyle pieniędzy płacimy za startowe, to chyba nam się nalezy, co nie? bo oczywiście, jak zależy na ocenie z wystawy klubowej czy innej międzynarodowej to się popierdziela przez pół polski, ale na frisbee…? no bez przesady.

oszczędzę więcej gorzkich słów, ale naprawdę przykro czytać te wszystkie wiadomości, z których na kilometr wieje postawa roszczeniowa.
mam tylko pytanie, do wszystkich biadolących – ilu z Was, dla poparcia inicjatywy oczywiście, było w zeszłym roku w piątek przed zawodami w parku chorzowskim i pomogło chociażby rozstawiać pole?


Światowy Dzień Zwierząt

co roku, 4 października, obchodzony jest światowy dzień zwierząt.

data ta ma związek z przypadającymi na ten sam dzień imieninami Franciszka, który w wersji ‚świętej’ jest znany jako patron przede wszystkim zwierząt ale również ekologii.
idąc za Wikipedią, możemy się dowiedzieć, że:

„Św. Franciszek w stosunku do człowieka i przyrody wyrzekł się chęci dominacji oraz wyznawał ideę braterstwa wszystkich stworzeń. Głosił, że wszyscy mieszkańcy Ziemi są braćmi, bez względu na charakter, poglądy, narodowość, stan majątkowy i każdy, kto prosi o pomoc, wróg czy przyjaciel powinien być wysłuchany i przyjęty.”

jak z każdym świętem, tak i z tym dzisiejszym, jest tak, że ma ono swoich zwolenników i przeciwników. Ci drudzy często argumentują swój pogląd tym, że to nie jeden dzień powinien być powodem do wyrazów sympatii, szacunku, uznania, że powinny się one zawierać w naszym codziennym podejściu. czy mają rację? w jakimś sensie na pewno, ale jeśli na co dzień pamiętamy, kochamy, szanujemy to taki dzień jest kolejnym, a nie jedynym powodem do okazania swoich uczuć :)

wszystkim zwierzakom, z okazji ich dnia, życzę samych pyszności, radości i ciepłego miejsca zaraz obok mądrze kochajacych właścicieli!

moje własne, swoje święto uczciły mięsną wyżerką, frizbowaniem i wykwintnym penisem wołowym na przystawkę…;)