skrót(?) wydarzeń.

ooooraaaaanyyyy, ale zaległości.

emocje już co prawda opadły, ale wzmianki zabraknąć nie może, a więc…
chronologicznie!

->LADC 16-18 maja.

tegorocznemu ladc było pod wieloma względami wyjątkowe.
osiem grup (70 zespołów człowiek-pies), ośmiu trenerów (w tym trzech zagranicznych), wykłady rozpoczynające akademię już w piątek, piękny teren i niezmiennie zaskakująca pogodą :)
ladc zaczynało się dzień po operacji Naia i zastanawiałam się jak mój umysł to zniesie jednak magia tego wydarzenia spowodowała (choc może zabrzmi to brutalnie) że moje myśli pozostały przy frizbiaczach.
niesamowicie cieszyłam się po ogłoszeniu informacji o wykładach, szczególnie nie mogłam się doczekać tego, dotyczącego treningu mentalnego. temat został przedstawiony przez prowadzącą, psycholog sportu Joannę Denus, w bardzo ciekawy sposób. czułam jak posiadana już oraz dopiero co zdobyta wiedza układają się w spójną całość. ćwiczenia praktyczne i dialog prowadzony z uczestnikami wniosły wg mnie wiele dobrego, skłoniły do refleksji nad zagadnieniem. często nie doceniamy siły własnego umysłu, sądząc, że same umiejetności ‚techniczne’ nam wystarczą, mistrzów jednak nie ma na pęczki. kto nie był, niech żałuje!
sobota i niedziela standardowo były dniami treningowymi. do tej pory na ‚ladc centrum’ czuliśmy się jak smażone frytki więc nie trudno wyobrazić sobie nasze miny, gdy w sobotni poranek ulewa uniemożliwiła rozpoczecie punktualnie zajęć… ;) nie ma jednak lekko, gdy strumień wody lecącej z nieba przerodził się w większy kapuśniaczek zaczęliśmy! do końca seminarium, w kwestii pogody mieliśmy zmienne szczęście, jednak o tym, że słońce też z nami było przypominały mi później, sięgające połowy przeramienia, wysmażone na czerwono ‚rękawki’ ;)
w tym roku przypadły mi do prowadzenia grupy początkujące i szczeniaki. czasami zdarza się tak, że stykając się po raz pierwszy z dogfrisbee człowiek myśli sobie ‚o raaaany, ja tak chcę, rzucę fafikowi, fafik złapie, będziemy najlepsi’, a później idzie zdobywać wiedzę i umiejętności i im bardziej odkrywa, że jest ich dużo, tym bardziej mina więdnie, zapał opada, bo okazuje się, że pstryknięcie palcem nie wystarcza, a bez pracy nie ma kołaczy. żaden z ‚moich’ uczestników nie należał do tej grupy! takie miałam szczęście! dane mi było pracować z ludźmi z olbrzymim zapałem, chęcią do zdobywania nowych skilli, którzy nie bali się pytać, dyskutować, którzy drążyli temat. z ręką na sercu mogę powiedzieć, że spędziliśmy wspólnie czas w sposób bardzo produktywny i dla mnie, osobiście niesamowicie inspirujący.
na koniec odbyło się rozdanie dyplomów, wspólne zdjęcie iiiii…. jako prowadząca dostałam cudną niespodziankę! TADAAAM:

a tutaj namiastka tego, co się działo:

-> DCDC Wrocław 31 maja – 1 czerwca

oj. ojojoj.
jak zima, co roku, zaskakuj drogowców, tak Wrocław w tym roku zaskoczył mnie…
popełniłam już raz ten błąd i 3(?) lata temu będąc na zawodach nie wystartowałam w nich. zarzekłam się wtedy, że już nigdy więcej więc mimo kontuzji uniemożliwiającej normalne poruszanie się od maja… bardzo! bardzobardzobardzo! chciałam wystartować. niestety, możliwość zgarnięcia dysku z ziemi jest niezbędna do zrobienia fristajlu toteż z wielkim smutkiem, czekając na poprawę do samego końca, musiałam zrezygnować ze startu w openach :( ale, ale! nie ma tego złego, przecież zostaje super pro! mimo mojej ułomności ćwiczyliśmy zacnie z Qsławem zarówno piękne i mądre łapanie jak i dalekie rzuty! przecież szło nam świetnie, rok temu w Poznaniu trzasnęliśmy 24,5 pkt więc może by się pokusić o 25…? plan był wspaniały, jednak trochę martwiło mnie wspomnienie startów w Opolu, gdzie osiągnięcie czwartej linii było związane z walką na tyle wielką, że celowanie w środek odeszło w zapomnienie. no, ale przecież na treningach szło nam świetnie! tak świetnie, że aż w moim umyśle pojawiła się nieśmiała wizja longa! taaaaa… longaaa-pauonkaaaa ;]
zanim dowiecie się jak bardzo spierdzieliłam, chciałabym pochwalić się, że w ramach wsparcia inwalidy, otrzymalam od Pauli możliwość wystartowania z Hondą w tossie! razem z Dżonym tworzymy trudny, choć pełen pasji związek. Torpedka, jak na torpedkę przystało pięknie popierdziela, szybko wraca, jest bardzo czuła na wskazówki ze strony przewodnika i… jest psem Pauli, która 97% dysków rzuca na odległość bliższą niż dalszą, a tossa trenuje – jakże by inaczej! – głównie na zawodach :P
wracając do osiągniętych we Wrocławiu wyników – miało być tak pięknie, a wyszło… jak wyszło. być może fakt, że po raz pierwszy od bardzo dawna, pojechaliśmy z Qsławem sami na zawody miał na to wpływ, byc może za dobrze sie przygotowaliśmy i było to na tyle niezwykłe, ze nie mogło się udać… ;) w każdym razie, daliśmy ciała na maksa. ja rzucałam jak dziki trol, próbując na siłę uzyskać odległość i przełamać zakwasy po wcześniejszym, przypadkowym rzucaniu cegłówką, on oślepiony blaskiem jasności fikał nie zawsze w najmądrzejszy sposób, a ona? Dżono-Dżona rozbiła wszystko doskonale, tylko gdzieś na początku 3ciej strefy wsysał ja tajemniczy wir i wypluwał na czwartą w pełnej dezorientacji :P jeszcze chyba nigdy nie wokalizowałam tak w trakcie startu, ale przynajmniej pochłonęło to cała moją uwagę i energię których starczyło już na stresowanie się :) druga runda w niedzielę, łatwiejsza po takim skopaniu, poszła nawet nie najgorzej. psy i ja wyciągnęlismy się, tym razem wzięłam dobre dyski, zostawiając cegłówkę w namiocie i tak z Q osiągnęliśmy bodaj 19,5 pkt a z Hondą UWAGA!! 22! Dżonatan na tossie skacze nieznacznie, szczególnie, ze przywykła do startów ze swoją paniunią, toteż tym bardziej cieszy mnie nasz wynik!
to były pierwsze zawody, od bardzo dawna, na które pojechaliśmy sami z Qsławem. Szymon i reszta bandy zostali w domu pilnować Rudego. równowage w przyrodzie, pomagając rosnąć memu sercu zapewniły jednak dwa spotkania rodzinne!

Włóczniki:

Kjułiki:

i konferansjerka z Pusheenem!

-> DCDC Poznań 14-15 czerwca

Poznań, miasto doznań.
Pauonków, Dżonów i Rudych Ronów!

po wrocławskiej abstynencji fristajlowej uznałam, że mówi się trudno, pierdziele! będę się czołgać, turlać, kompromitować, ale startujemy! jak zawsze był wspaniały plan :D tym razem obejmował stworzenie nowego free. trudno tego dokonać w 1,5 tyg zachowując normalną aktywność zyciową. jeszcze trudniej z niedziałającym kolanem, ale nie ma że boli! nie zdzierżyłabym świadomości, ze zostały mi jedne zawody z serii dcdc na których moge wystartować. treningi sekwencji, które odbyliśmy z Q przed zawodami były kosmiczne. chyba jeszcze nigdy mój pies mnie tak pozytywnie nie zaskakiwał, nigdy nie odniósł tylu sukcesów, ah… płynęlismy na tęczowej fali. pazerność moja wzięła górę i uznałam, że skoro idzie tak świetnie, to zrobię jeszcze treningi we wtorek, czwarte i PIĄTEK PRZED ZAWODAMI (SIC!) w trakcie których stworzę i opracuję nowe sekwencje. zastanawiam się czy jest możliwe, że nie zauważyłam jak spada na mnie gigantyczny kamień z nieba, jak wali we mnie piorun czy też może był jakiś inny powód takiego zaćmienia, ale cóż… tak właśnie było. wstyd mi za to okrutnie i bijąc teraz pokłony przed Qsławem, który mimo moich szaleńczych wizji, dał radę psychicznie i fizycznie, obiecuję z ręką na sercu, że juz nigdy więcej tak nie zrobię. jeśli będę próbować, niech mnie pochłonie jasność ;]
my tu sobie pitu-pitu, a jeszcze ani słowa o starcie! prawie jak zawodowy snajper, udało mi się ustrzelić doskonałą pozycję na liście startowaj, a konkretniej byliśmy na drugim miejscu. sytuacja idealna, bo pierwszemu jest najtrudniej, a z drugiej strony im dalej, tym więcej stresu dla mnie. traf chciał, ze bezpośrednio przed openami, miała miejsce runda kwalifikacyjna do dogdajwingu, na którym despotycznie dzierżę mikrofon i który kocham miłością szaloną, toteż ostatecznie wystartowałam jako przedostatnia, a miss platformy, Paula z Weną, zamknęły super openową stawkę. na stresik miejsca nie było, pierwsze dźwięki naszej zacnej brend nju mjuzik pokierowały mnie w jedyną słuszną stronę i… choć nie wszystko poszło zgodnie z planem, to byłam bardzo zadowolona z naszego występu. sekwencja blisko ciała z vaultami wyszła nam przecudnie ze 100% łapalnością, ładnymi, wczesnymi, wysokimi rzutami, z doskonałą, świadomą pracą Q i już nawet passing i zigzak (które potencjalnie miały być elementami pewnymi, a na zawodach totalnie nie wyszły) nie były w stanie odciągnąć moich myśli w złą stronę :))


fot. Andrzej Podgórski

to był ten moment, którego życze każdemu – poczucie sukcesu, miejsce, punkty są wtedy kompletnie nieistotne. niedzielny występ był na dość podobnym poziomie, przebiegł według bezcennej wskazówki Gumiszi czyli ‚nie śpiesz się’, część rzeczy wyszła lepiej, część trochę gorzej, ale generalnie… czy ja naprawdę rozważałam niewystartowanie?! fristajl, fristajl… tossik kurna! przy relacji zawodów wrocławskich wspominałam, o nierównej walce z tą konkurencją. w Poznaniu, po raz PIERWSZY!!! w życiu!!! zrobiłam 3 równe rundy toss&fetcha. z rzutami, które nie były absolutnie idealne, ale całkiem nienajgorsze, z wolnym od chaosu umysłem, z absolutnie-zajebiście-fantastycznie pracującym psem! raaany, jakie to fajne! w sumie zdobyliśmy 44,5pkt w Super Pro, tym samym piąte miejsce i kwalifikacje na finał krajowy, 120,61pkt w Super Open, siódme miejsce i kwalifikacje na finał krajowy oraz tytuł mistrza pod wezwaniem pauonczarskiego umysłu i dumę, która rozpiera do dziś :) nie byłoby to możliwe, gdyby nie bezcenne wsparcie pauonk squadu i najlepszy, jaki można sobie wymarzyć doping elity z górki – bardzo Wam kochani dziękuję!


fot. Andrzej Podgórski

pisząc o poznańskich zawodach nie mogę nie wspomnieć o moim kolejnym spełnionym marzeniu – dostałam możliwość sprawdzenia się w roli sędziego oceniającego freestyle! w udziale przypadły mi startersy, a konkretniej kategoria pies. przeczytałam kilkukrotnie regulamin, obejrzałam setki filmików, sporządziłam notatki, opracowałam sobie system oceniania i… jak zawsze teoria-teorią, a praktyka-praktyką. jeden mózg, jedna para oczu i dwie ręce okazały się być niewystarczające, mnogość decyzji do podjęcia i świadomość ich konsekwencji powodowały, że kilka minut między występami, dające czas na ocenę, mijały niczym kilka sekund. aspektów do rozpatrzenia było wiele, niby tylko ocena psa, ale wszystko, co dzieje się na polu ma na nią wpływ przez co ostateczne równanie dalekie jest od „2,5 – 1 + 0,75”. zawsze zastanawiałam się, jak niektórym udaje się sensownie oceniać występy przyznając setne częsci punktów. teraz już wiem, że wymaga to niesamowitej wiedzy, doświadczenia i oleju w głowie. dzięki możliwości sprawdzenia się w tej roli jeszcze bardziej chylę czoła przed takimi sędziami – czapki z głów!

-> seminarium w Szczecinie 21-22 czerwca

ledwie wróciliśmy do domu, a już czas był wyjeżdżać. znowu Poznań, choc docelowo Szczecin, no, ale boże ciało zobowiązuje :)

w ramach płodozmianu, pojechaliśmy z Gumiszi na adżilitki, gdzie Książe Ciemności, razem ze swą wielką miłością Matką Wu popylali przez hopeczki robiąc wybitnie mądre rzeczy.

chwila relaksu i sio, w drogę! by ją sobie umilić zaliczyłyśmy moczenie stópek w jeziorku

później rajd czerwoną strzałą, życie na krawędzi na górce, wiatr we włosach, krówka w zębach i jednokierunkowe, rozkopane uliczki w Szczecinie… ;)

seminarium odbyło się ekstremalnie wietrznej i niesamowicie miłej atmosferze. poznałyśmy sporo nowych, obiecujących par psio-ludzkich, które dzielnie walczyły o kontrolę nad poczynaniami wyrzucanych dysków.

bardzo spodobała mi się różnorodność rasowa, szczególnie, że wszystkie psiaki wykazywały się dużym zaangażowaniem i chęcią pracy, choć w myśl teorii, że pies upodabnia się do właściciela, trudno jest się temu dziwić :)
weekend minął nam bardzo pracowicie, ale też inspirująco, a przy okazji zostałyśmy tak bardzo rozpuszczone towarzysko i kulinarnie, że aż nie chciało się wyjeżdżać, a poczucie odległości od Szczecina zdecydowanie zmalało! dziękujemy za wspólnie spędzony czas, dodatkowo Magdzie i Gosi za organizacje oraz Marcinowi za odporność na bezczelność naszych bestii i cierpliwość w spełnianiu mojego marzenia o planszówkach <3 no, dobra… za truskawki też!

na koniec dodam, że szczeciński wypad był pierwszą okazją dla Naia do lekkiego pląsania! choć daleko mu było do pełnej swobody, to pięknie prezentował swe umiejętności i trwaliśmy tak wspólnie w euforii ciesząc się nowymi możliwościami :)

radość, radość, wszędzie radość… chyba było aż za dobrze. przedwczoraj minął miesiąc, od kiedy nasze stado pomniejszyło się.
pięć psów to dużo, zawsze mówiłam. teraz wiem, że cztery to o jednego, TEGO jednego za mało…
ostatnie zdjęcie Zamsza.


pierwsza ćwiartka za nami!

równo dwa tygodnie temu, w czwartek przed LADC, Naiek przeszedł zabieg.
to był zarazem najgorszy i najlepszy dzień całej tej ponurej historii z problemem Rudego. najlepszy, bo rozpoczął nowy etap w naszym życiu i bardzo wierzę, ze od tego momentu będzie już tylko lepiej, a najgorszy, bo… mimo świadomości, że różne przypadłości zdrowotne to sprawa bardzo smutna nigdy nie sądziłam, że tak bardzo miażdzy to psychikę, a gdy już się wie, że to ten dzień, ta godzina, to naprawdę ciężko jest funkcjonować. w… po prostu ciężko jest funkcjonować. nawet teraz, pisząc o tym, emocje skaczą mocno w górę, ale chyba taki już urok psio-ludzkiej relacji.. ;)

na pamiątkę tamtej chwili dostaliśmy to, co udało się wydobyć z Naia:

operacja nie trwała długo. fakt, że przeprowadzał ją lekarz, którego wiedzy i doświadczeniu zaufałam, a w trakcie, koło Rudego była ciocia Monia pozwolił mi nie stracić do końca głowy. widok śniętego Naia i myśl, że jest już po wszystkim były szczęściem nie do opisania. nadzieja naprawdę umiera jako ostatnia :)
ogromne wrażenie zrobił na mnie czas regeneracji. do całkowitego zagojenia się ‚ała’ mamy co prawda jeszcze 6 tygodni (stąd też tytuł wpisu, bo dwa już za nami) ale samopoczucie Tita, szybkość z jaką zaczął normalnie używać łapy, fakt, że już go nic nie boli, a naszym największym ‚zmartwieniem’ na chwilę obecną jest brak możliwości pląsania napawają mnie dość mocno optymizmem.

dziś ponownie pojechaliśmy do dr Bissenika, by pokazać jak wygląda powojenny Rudy Ron.
moje przypuszczenia były słuszne, wszystko goi sie jak na psie czyli jednym słowem, dwa słowa – JEST DOBRZE! nie ma żadnych oznak bólowych, zakres ruchów jest w porządku, Naiek był bardzo dzielny i podszedł do wizyty z dużym entuzjazmem.. ;) doktor też był dzielny, bo zniósł mój ostrzał z pytań, które spisałam sobie w notesie i upierdliwie zadawałam.
gdy postawiono diagnozę – OCD, bardzo zależało mi na jak najlepszym poznaniu tematu. przeszukując internet wzdłuż i w szerz natrafiłam nie tylko na fachowe publikacje, ale również na relacje i teorie różnych osób nie będących specjalistami, które jednak miały swego czasu z tym problemem mniej lub bardziej do czynienia. we mnie zasadziły one ziarnko niepewności, a myślę, że znajdą się i tacy, którzy ich posłuchają. spora część moich pytań spowodowana była chęcią wyjaśnienia tych zagadnień i postaram się w najbliższym czasie napisać coś więcej na ten temat.

często, gdy pada temat chorego psa, mówi się o pieniądzach. jest to temat, który, owszem, ciężko pominąć, jednak rzeczą nieocenioną pozostaje wsparcie. świadomość, że blisko są ludzie, którzy trzymają kciuki, wierzą, że będzie dobrze, przejmują się tym, co sie dzieje to naprawdę bardzo pomaga. niesamowicie cieszę się, że takie właśnie osoby mnie otaczały i bardzo im za to dziękuję :)

tymczasem, przed Naiem 4ry tygodnie nicnierobienia, o, przepraszam! kiziania, miziania, masowania, nagrzewania, prostowania, składania, pływania, nauki trzymania koziołka, ale przede wszystkim jednak… spania :) na początku lipca kolejna wizyta kontrolna, a później 2 tygodnie i ruszamy na SuperSpacer!

*głos z reklam tesco*
A PO PŁYWANIU WYGLĄDAM TAK!


pierwszy wspólny rok z księciem hejtu :)

dokładnie rok temu, 15 maja, wsiadałam po pracy w pociąg do Poznania, który rozpoczynał nowy etap w moim życiu.

pełna obaw i nadziei jechałam po rudą, klopsowatą kulkę, która miała być spełnieniem marzeń.

był zupełnie inny, niż moje wyobrażenia o przyszłym psie, jednak coś jest w miłości od pierwszego wejrzenia i teraz jest mój, NAI-MOJSZY, i kocham go bardzo mocno :)

po kudłatym pulpecie ślad zniknął, została piękna, mądra i szalona ruda gazela. mój Naieczek, paniuni Titutek.
czemu Titutek? Paula wołała na małe WłóczoArsiory „titititi” (wszystkich, którzy znają dziki pisk gumiszi proszę o wizualizację :D ) i pląsały wtedy do niej radośnie. było więc „tititi Naio!”, „tititi!”, „tito”, „titut”, „tituszek” ;)

dziś, po upłynięciu 365 dni, ponownie ruszamy w podróż, by rozpocząć nowy etap. ponownie o godzinie 19stej pomyślę sobie ‚czas start’ i tak samo jak wtedy będę… cholera, jestem! pełna obaw i nadziei. myślę sobie jednak, że będzie dobrze. będzie, bo musi – nie ma innego wyjścia. rudym gazelom sie nie odmawia!


pokonałam potwora!

miniony weekend spędziliśmy razem z Qsławem na wizycie w Opolu z racji zawodów frisbee.
podobnie jak w zeszłym roku byłam sędzią jednak raz, że zyskałam awans na sędziego głownego, a dwa, tym razem sama również startowałam!
plan był taki, żeby zgłosić się i pokonać wielką pałe :P rosnącą sobie w mym umyśle – poszedł więc quad i toss. no dobrze, przyznam, że poza chęcią pokonania własnego stresu chciałam też sprawdzić jak spisze się książe ciemności, ciągle pobierajacy nauki związane z byciem mistrzem łapania.

zanim jednak o naszych poczynaniach, to chciałabym nadmienić, ze – uwaga, uwaga – pogoda była piękna! przez dwa dni, z lekkimi przerwami świeciło słonko, temperatura pozwalała momentami na odsłonięcie łydek i ramion, jednak bez gotowania. w miejsce deszczu/ śniegu pojawił sie wiatr więc pod tym względem lekko nie mieliśmy, ale mysle, że w ogólnym rozrachunku możemy to pominąć :)
zawody przebiegły w miłej, dośc piknikowej atmosferze i kto nie był, niech żałuje!

druga rzecz, o której chcę powiedzieć, to aspekt sędziowania. rok temu nie sądziłam, że jest to aż tak trudne, w tym roku pojechałam zapatrzona w stos kartek, notatki, rozpisane własne wytyczne a i tak wiem, ze nic nie wiem. jeśli chce się to zrobić sumiennie to wcale nie jest tak łatwo i brakuje przynajmniej dwóch rąk, jednego mózgu i pięciu par oczu :)
pozwolę też sobie na małą dygresję – na początku swojej frizbowej przygody fukałam na usddn przyklasując innym organizacjom za brak ścisłych reguł, kategorii oceniania, nie przykładanie tak wielkiej wagi do łapalności. teraz, z perspektywy czasu i doświadczenia, które udało mi sie zdobyć (a jeszcze wieeeele przede mną), potrafię je docenić. na chwilę obecną śmiem twierdzić, ze w zasadzie niewykonalne jest rzetelne ocenianie całego występu przez jednego sędziego. to, co najpieknejsze jest we frisbee, czyli dowolność w doborze priorytetów naszych preferencji i brak możliwości zrobienia stop i przewinięcia o kilka sekund występu ;) uniemożliwia kompleksową ocenę całości. przeszkadza to najbardziej w przypadku konieczności zróżnicowania dwóch podobnych jakościowo występów czy też ocenie teamu prezentującego pewne skrajności. tak, to właśnie chciałam oficjalnie napisać :)

no dobrze, to teraz… wyleję na siebie wanne miodu z truskawkami i pistacjami – pokonałam potwora w swej głowie i jestem mistrzem! :D jak już wspominałam na początku, chciałam otrzaskać się ze stresem przedwystępowym i sprawdzić skille księcia ciemności.
pierwszą konkurencją, w której starotwaliśmy był quad – totalnie nie moja bajka, biorąc pod uwagę, że w życiu byłam na jednym! treningu pod tym kątem i od niedawna dorzucam na czwartą strefę bardziej niż mniej stabilnie. zero ciśnienia, wyjdziemy, rzucę, q złapie i będziemy świętować. taaaak… w momencie gdy zapadła decyzja o rzucaniu pod słońce wiedziałam, ze będzie marnie, ale nie sądziłam, ze aż tak… zero złapanych dysków, odpadliśmy jako pierwszy team ;] takie coś, w połączeniu z nastrojową muzką zespołu rammstein sączącą się z głośników, zamieniło mnie w zeusa ciskającego gromami. z burzą wiszącą nad głową doczekałam do rozgrzewki przed tossem, by stwierdzić, że rzucam tragicznie świetnie tj raz tragicznie, a raz swietnie, a na dodatek, o czwartej strefie moge pomarzyć, bo mam totalne zakwasy w prawym przedramieniu (w tym miejscu serdecznie pozdrawiam pkp, ciągnącego na szelkach Qsława i swoją nieumiejętność ograniczenia bagażu). tak czy siak, runda poszła całkiem spoko, zrycia czaszki nie zaobserwowałam, rzuty na trzecią strefę, niekiedy w bonusie, złapane – wynik 18 pkt, szału nie było ale wstyd też nie.
a teraz, drogie dzieci, przechodzimy do momentu kulminacyjnego i mojego źródła radości i lekkiego smutku zarazem – dzień drugi, runda druga. startowaliśmy z Q po wszystkich uczestnikach, bym mogła na spokojnie dokończyć sędziowanie. niestety, w przypadku ostatniego (czyli pierwszego, po pierwszej rundzie) zawodnika popełniłam błąd w obliczeniach, który na całe szczęscie został szybko wyłapany, jednak spowodował u mnie całkowite zgalaretowacenie wnętrza i wielkiego… w głowie :3 popląsałam po Q do namiotu, szybciutka rozgrzewka, myślowe machnięcie ręką – kuj, wszystko pójdzie w ziemię iiiiiiiii! no i nie poszło! poszło bardzo pięknie! czwarta strefa była osiągalna, trafiła się jedna piąteczka, mój mózg dryfował na różowej chmurce, a Qsław, niczym kucyk pony skaczący przez tęczowe przeszkody, namierzał zawisające frizbiacze, wybijał się z tyłu, łapał dekielka, przenosił ciężar ciała na przód i pięknie tym samym lądował – czego można chcieć więcej?! oczywiście nic nie dzieje się bez przyczyny dlatego jeszcze raz dziękuję za flagi reala ;>, ciemność nie zawodzi! schodząc z pola nie wiedziałam jak się nazywam, a łapki trzesły mi się jak osika na wietrze, ale…. daliśmy radę! dałam radę!! dawno nie byłam z siebie tak dumna!! :)))

jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale świadczy o tym, że turlanie odbywa się w odpowiednim kierunku.

bardzo dziękuję organizatorom za ponowną możliwość zbierania doświadczeń frizbowych z ciut innej perspektywy niż zwykle, za szansę na pokonanie własnego wewnętrznego potwora ;), uczestnikom za świetną zabawę i zacną rywalizację i dobrym duszom, za opiekę nade mną i Kjułiczkiem – było cudnie!


nikt nie lubi poniedziałków…

tylko, że dziś jest środa.
po majówce w Annówce nie robi to jednak większej różnicy… ;)

tak, tak! długi weekend majowy, podobnie jak w zeszłym roku, spędziliśmy w cudnej Annówce. cztery pełne dni wypełnione pracą nad frizbiaczami. choć pogoda bywała kapryśna, to zebrana na miejscu grupa pod wezwaniem latającego dekla dzielnie stawiała jej czoła, a rozgrzewki by Gumiszi, cudny zapach chleba towarzyszący śniadaniom i niezmiennie wspaniała trawa na placu pomagały nam codziennie w pełnej mobilizacji. z jednym, malutkim wyjątkiem, który w demokratycznych wyborach został zaakceptowany, udało nam się zrealizować wcześniej założony plan i tym samym ‚przerobiliśmy’ wszystkie elementy freestyle’u i liznęliśmy toss&fetcha. nie byłoby to możliwe, gdybyśmy nie trafiły na tak fajnych, zgranych i pełnych zapału do działania uczestników, którym należą się wielkie brawa! praca z nimi to była czysta przyjemność :)

tak się rozpędziliśmy w szaleństwie warsztatów, że nawet udało nam się naciągnąc Martę na coś więcej niż tylko toss! liczymy mocno, że stanie sie to nową tradycją, w końcu aż grzech nie korzystać z pauonczarskiej mocy frizbowej nawet jeśli jest się twórcą absolutnie najfantastyczniejszych mazurków na świecie (omnomnom!) ;-)

nie mogę nie wspomnieć o sentymentalnych wycieczkach, które nam towarzyszyły. szczególnie bliskie mojemu sercu są te, związane z Zuzanno-Qsławami, które dokładnie rok temu, na majówce zostały poczęte, a teraz miałam okazję podziwiać ich reprezentację w postaci dwóch synów, którzy przeszli moje najśmielsze oczekiwania!

od lewej Hazo, Q, Iris i Rio

piękni, prawda?
wielki banan pojawia sie na mej twarzy gdy myślę o tym w jak fajnym kierunku się rozwijają, jak pięknie łączą w sobie cechy mamusi i tatusia i jak mocno są kochani przez swoich człowieków.
mam nadzieję, że w tym roku, uda mi sie zobaczyć resztę ich rodzeństwa, ale niestety wiąże się to z ryzykiem, że tak bardzo napuchnę z dumy, że pęknę, i na następna majówkę potrzebne będzie zastępstwo… ;)

kolejne, ubiegłoroczne wspomnienia to oczywiście WłóczasoArsiki! małe pląsacze, rok temu, opanowały Annówkę, co wyglądało mniej więcej tak:

w tym roku, w tym samym miejscu spotkało się trzech młodzieńców – Kendo, Nismo i Naiek.
patrząc na poczynania czarnych braci z jednej strony rozpierała mnie duma i radość, z drugiej ogarniał smutek na myśl, że Rudy jeszcze długo nie będzie mógł pozwolić sobie na minimalnie podobne pląsy. od wielu tygodni jest na banicji i jedyna szczęśliwa rzecz jest taka, że już przynajmniej wiemy co mu dolega… piszę o tym dlatego, że ostatni czas uzmysłowił mi, że chyba nie będę umiała stawić czoła napływającej fali pytań o to, jak nam idzie na frizbi. nie ma co iśc ani na frisbee, ani na chwilę obecną przy nodze czy nawet na spacer :( mam świadomość, że osoby pytające mają dobre intencje i nie mam o to żalu, niemniej jest to dla mnie trudny, wywołujący duże emocje temat dlatego w tym miejscu, na razie, stawiam kropkę.

tymczasem, rudy chucha:

senior jamnik zawsze-w-formie czyli Zelówka licząca sobie już 13 wiosen!

flying hamster – nawet Zamsz się załapał…;)

i mała zamiana ról czyli Qsław w rękach Pauli (chyba jednak robi overki…)

nie umiem się powstrzymać przed dodaniem choćby jeszcze kilku zdjęć…:))

wizualizacja to ważna sprawa

Pan Kropek w akcji!

kolejny nawrócony grzesznik ;> który już wie, że dobrze rzucone vaulty nie bolą!

odborderzanie

vaulty ze szczeniakiem? nie widze przeszkód!

Ryjosław!

flipki!

‚naprawdę musimy już kończyć….?’

postuluję, aby ilość majówek w roku została zwiększona do minimum dwóch!


no i… się zaczęło! :))

pierwszy dzień wiosny za nami, a skoro wiosna, to słoneczko, trawa.. no i co Wam do tego najbardziej pasuje? frizbiacze oczywiście!! :))

do frizbiaczy przydaja się zdrowe łapki, w związku z czym 21 marca udaliśmy sie z Rudym na profesjonalną sesję aparatem rentgenowskim.
jak to w środowisku modelingowym bywa, najpierw musiał zażyć odpowiednie specyfiki, by wprawić się w odpowiedni stan, a później pozooowaaaaaaał, oh, jak on pozował! z lewej, z prawej, na brzuchu, na plecach! profesjonalista…
na zdjęciach czarno-białych średnio się znam, ale podobno wypadł dobrze, na tyle dobrze, że telefony z różnych agencji się nie urywają… ;)

pierwszy wiosenny weekend, czy to nie piękny moment na debiut Q w zawodach agility?

tak, tak, hopeczki! Q kocha hopeczki!
skoro Qsław kocha hopeczki, ja kocham Qsława, a dzień przed zaplanowanym poznańskim frizbowaniem w Annówce odbywały się zawody agilitowe, na dodatek sędziowane przez Paulę, to postanowiłam nas zgłosić – a, co! ostatnie, w których brałam udział, miały miejsce jakieś 7 lat temu więc jak nie teraz, to kiedy? ;)
strasznie fajnie było sobie przypomnieć tę atmosferę. mimo lekkiej ekscytacji nie zaliczyłam mózgowego zjazdu, który towarzyszy mi przy większości startów na frisbee, a Książe Ciemności, pomimo wielkiej regularności treningowej – jakieś 2-3 razy do roku – pokazał, że wszystko dobrze pamięta. z moja pamięcią jest trochę gorzej, ale jakoś wspólnie, w towarzystwie moich okrzyków zdziwienia, daliśmy radę. przebiegi agility i jumping_1 na czysto, jumping_2 dis, w klasyfikacji łącznej Q zajął 1wsze miejsce i tym samym wygrał piękne, zielone, ażurowe jajo :D mimo, że dziś jest już wtorek to dalej puchnę z dumy, jakiego to ja mam wspaniałego, mądrego i wszechstronnego psa :)

niedziela upłynęła nam pod znakiem frisbee.

mimo dośc paskudnej pogody, która na początku tylko straszyła, a później postanowiła urzeczywistnić groźby deszczowo-mrozowe, dzielna grupa frizbująca nie poddawała się i z usmiechem na twarzach doskonaliła swoje umiejętności.
z większością uczestników widziałysmy się kolejny raz i muszę powiedzieć, że niesamowicie motywujące obserwowanie postępów u wszystkich :) odkryłyśmy też z Paulą kilka nowych talentów, a biorąc pod uwagę zapał do działania, na pewno się one nie zmarnują :)
prawie połowa grupy to były młode psiaki, które przywróciły mi wiarę w to, że jeszcze istnieją właściciele szczeniąt mający sportowe aspiracje i zdroworozsądkowe podejście do treningu z maluchami. trzymam za Was mocno kciuki, bo na solidnych fundamentach powstają najlepsze budowle :)))

w przerwie treningów Qsław rozpracowywał zakwasy i płynął na dobrej fali z dnia poprzedniego – hopki, frisbee, pełen serwis!

a Naiek, oddający się aktualnie regeneracji, uprawiał lans na pogadankach, brykając niczym dzika gazeta wojujaca ze smyczą :D

pisząc o poznańskim wypadzie nie moge nie wspomnieć o wielkiej radości, jaką sprawiło mi zobaczenie w ciągu zaledwie dwóch dni trójki dzieci Q! w Annówce czekała na mnie niespodzianka w postaci spotkania z Rio, a trening w Artefakcie odwiedzili Flo i Setus.
bardzo cieszę się móc patrzeć na to, jak wspaniałe, zgrane duety tworzą ze swoimi właścicielami, których kochają i przez których same są kochane :)

Paulina z Setusem:

Klaudia z Flo:

i Rio, bez pańci ale za to z tatą :)

wyczuwam moc!


poszukiwania

wyglądając rano przez okno przywitało mnie piękne słońce i jasnoniebieskie niebo.
wolny dzień i takie warunki – grzechem byłoby nie wyjść na spacer!

postanowiliśmy tym razem poszukac wiosny!

początek nie wyglądał zbyt obiecująco…

mimo rozglądania się na wszystkie strony wszędzie lód i śnieg!

niestrudzeni tutptaliśmy jednak dalej i powoli, powoli…

doszliśmy do miejsca, z którego widoki zaczynały być obiecujące!

poszukaliśmy jeszcze trochę innej perspektywy…

i udało się!

wiosno, prosimy, zostań i nie odchodź!

ps. to uczucie, gdy po 2 godzinnym spacerze dalej masz czucie w stopach, dłoniach – bezcenne!


ogłoszenie! szczeniaczki border collie sprzedam! AAAA

zrobiłam dzis wielki błąd. połaziłam troche po stronach hodowli, allegro, allegratkach i innych, podobnych.

ja pierdole, ludzie, co się z Wami dzieje?!

nie da się użyć delikatniejszych słow, no po prostu, kurwa, nie.

czy naprawdę największym priorytetem życiowym posiadacza border collie jest, by jego piesek miał dzieci? nieee, to zbyt naiwne.
czy naprawdę liczy się tylko hajs? dupnąc pieski, zrobic szczeniaczki, trzasnąć kasiorke? bez względu na to, czy te istoty powołane do życia będą zdrowe na ciele i umyśle? bez względu na to gdzie trafią i co się z nimi później stanie?

tyle się mówi o odpowiedzialności za powołane życie, a pieseczki to co? jabłuszko?!

i jeszcze ta skromność… ah! mistrze-wymiatacze, do tańca i do różańca. najlepsze, najwspanialsze, wybitne z gwarancją na wszystko.

w październiku ubiegłego roku minęło 6 lat od kiedy trafił do mnie pierwszy border i z jednej strony dziwię się, że ciągle mnie to rusza, a z drugiej nie umiem sobie wyobrazić jak wygląda ta granica, którą należy przekroczyć, aby nastąpiło bum i wszystko powoli wracało do normy. co tylko zobaczę ‚kwiatka’ to myślę sobie, ‚oho, gorzej być nie może’, ale jednak!

tudej, aj dont łont tu lyw on dyz plenet enimor.


Rudy Ron i jego Parszywek

trikolor.
w kropki.
niesymetrycznie umaszczony.
z rozjechanymi uszami.
z loczi.
Dżon 2.
UWIELBIA Zamsza.


psy, rozterki, fajerwerki.

za kilka godzin Sylwester – skończy się stary rok i nadejdzie nowy, 2014.

jak co roku będziemy z nim wiązać nowe nadzieje, ustalimy sobie jakieś postanowienia i jak co roku będziemy świętować jego nadejście. nikogo nie powinna dziwić w tej sytuacji obecność sztucznych ogni.
tak, można nie rozumieć sensu wystrzeliwania w powietrze masy pieniędzy tylko po to, by obserwować jak zamieniają się w iskrzące, kolorowe gwiazdki opadające nad miastem.
tak, można uważać, że ktoś – delikatnie mówiąc – stracił rachubę czasu strzelając w chwile po świętach.
jednak każdy z nas zna zwierzęta czy ludzi, który w bardzo negatywny sposób reagują na odpalane petardy. na fejsbuku od kilku dni prężnie działają strony nawołujące do niestrzelania w sylwestra, ludzie dwoją się i troją mnożąc argumenty. ile by jednak osób nie udało się przekonać do wstrzemięźliwości w tej kwestii, myślę, że ta tradycja nie minie.
właśnie w związku z tym mam prośbę. pomyśl.
nie, nie Ty, odpalający petardę. do Ciebie już mówili inni.
mówię do Ciebie, właścicielu zwierzęcia bojącego się strzałów – pomyśl o swoim pupilu. nie udawaj zaskoczonego ‚wybuchowością’ okresu przedsylwestrowego. psioczenie, owszem, pozwoli Ci wyładować frustracje, być może kogoś skłoni do refleksji, ale już nie uratuje Twojego milusińskiego, który w popłochu ucieknie przed hukiem.
wiesz o tym, że zwierzę ma problem, postaraj się pomóc mu przejść ten czas możliwie najspokojniej, zapewnij mu poczucie bezpieczeństwa na tyle, na ile jesteś w stanie.
w przeciwieństwie do niemyślących łośków strzelających czym, gdzie i kiedy popadnie, zabierz ze sobą na spacer rozsądek, a w raz z nim solidną smycz, podpiętą do solidnej obrozy czy szelek, z których Twój czworonozny przyjaciel nie będzie miał szans sie wyswobodzić. zwróć uwagę na dopięcie adresówki czy choćby przypinki, która dostałeś w lecznicy przy okazji szczepienia. dopóki jeszcze jest w miare znośnie nakarm go, daj mu zajęcie, które go zmęczy, skocz na szybki spacer, by w najbardziej newralgicznym momencie nie musieć wybierać między testowaniem wytrzymałości pęcherza czy nerwów. zapewnij mu spokojne miejsce na przykład w łazience, może przy włączonym cicho radiu, gdzie będzie mógł zająć sie odpoczywaniem po wcześniejszych aktywnościach. masz w domu konga? wykorzystaj go! nie masz? improwizuj :)) po tylu atrakcjach i wymemłaniu czegoś smakowitego być może Twój zwierzak prześpi ten czas, a nawet jeśli nie, to na pewno będzie mu łatwiej i przyjemniej go przejść.
nie jesteś winny temu, co robią inni, to fakt, ale chyba zbyt wiele masz do stracenia by ryzykować. przezorny, zawsze ubezpieczony, a świat należy zmieniać zaczynając od siebie ;)

z pozdrowieniami i najlepszymi życzeniami na nadchodzący nowy rok,
Rada Ciemności :))