zrób to!

przy okazji postanowień noworocznych zaplanowałam sobie większa regularność pisania na blogu. biorąc pod uwagę, ze mamy 31 stycznia idzie mi świetnie… no, ale! dziś ostatni dzwonek na styczniową notkę! bardzo chciałam by był nią wpis o ocd, który leży grzecznie w szkicowniku, ale ponieważ zawiera on potencjalnie kontrowersyjne fragmenty czuję, że muszę go trochę bardziej pomęczyć.

cóż robić, o czym pisać? znacie ten schemat, gdy mając coś do zrobienia odczuwacie w sobie nagle niesamowitą potrzebę zrobienia wszystkiego poza tym czymś? poukładam w szafie, wyczyszczę fugi, pogram w czołgaski, kreatywność nie zna granic! przecież byłam chora, piesełki biedne, niewyhasane, jak mogę usiąść i pisać? idziemy na frizbi! nie przewidziałam, że stanie się to pewną inspiracją.

w tym roku mija 10 lat od kiedy wiem, że pies i frisbee to zacne połączenie. z jednej strony to dużo, z drugiej jeszcze tyyyyle przede mną.
dogfrisbee w Polsce ewoluowało nieprawdopodobnie. postępu by nie było gdyby nie ambicja i mierzenie coraz wyżej. jeszcze do niedawna zdobycie kwalifikacji na finał było tylko formalnością wśród regularnie startujących zawodników, a już w ostatnim sezonie, na ostatnich zawodach kwalifikacyjnych dawało się wyczuć napięcie ‚uda się czy sie nie uda’, walka trwała do końca. mierność już nie przechodzi więc równamy coraz bardziej w górę. zagraniczne sławy dalej mają bardzo mocną pozycję ale coraz częsciej depczemy im po piętach. wizja piękna, ale jest i druga strona medalu.
miewam tę wspaniałą możliwość obcowania z dobrymi zawodnikami i świetnymi trenerami i niestety, coraz częsciej zdarza mi się słyszeć opinię ‚za szybko, za dużo, za wcześnie’. no, ale jak to? przecież 18 miesięcy i sruuu do open, a tam się z byle czym wstyd pokazać… fakt, ale nawet najwspanialszy dżapaniz trik z psem rzygającym bynajmniej nie tęczą to nie jest tak naprawdę to, do czego dążysz. chcesz osiągnąc świetny wynik, a w ten sposób pokazujesz przecież słabą stronę. jako, ze ogólna świadomość wzrasta, to co się w takim wypadku najczęsciej słyszy? wróć do podstaw! i ciśniesz te podstawy aż uszami wychodzą, nawet tymi bardzo klapnietymi. wałkujesz i wałkujesz ‚AŻ DWA MIESIĄCE!’, a póżniej znowu klops – jak żyć?

jeśli miałeś styczność z ludźmi siedzącymi długo w tym sporcie, dłużej niż istnieje on w Polsce, na pewno słyszałeś, że ‚dogfrisbee is fun’ albo ‚play&enjoy’, nie powiesz, że nie.
patrzę sobie w tej chwili na moje, odpoczywające po treningu, szczęśliwe psy. myślę o ich entuzjazmie, o tym jak bardzo starają się pracując dla mnie. przypominam sobie dzikie rzecz, które wyprawiał Rudy nie dalej jak pół roku temu i porównuje z tymi, z dzisiejszej sesji. nie ma porównania.
postawiłam kreskę na naszym udziale w zawodach ale nie zrezygnowałam z frisbee, jako takiego. zero presji, radość z sukcesów, obserwowanie własnego psa. cieszę się, ze ta kreska była zrobiona ołówkiem, bo coraz bliżej jestem sięgnięcia po gumke.
jak Ci upierdzielą rączki, to o pucharach będziesz mógł pomarzyć, na starych zbierze się kurz, a pies zostanie. pokochaj go, zajaraj się nim, polecam.

z tej okazji, specjalnie dla Was, Naiek rzygający tęczą ;)

Reklamy

no, dobra, dość tego lenistwa…

pierwotnie tytuł tej notki to były ‚ FINAŁY!!!’ i została ona stworzona w połowie września… tak, trzy miesiące temu. przez cały ten czas, z powodów absolutnie najważniejszych ;) nie znalazłam chwili by uzupełnić ją o zdjęcia i w efekcie odkładałam publikację. teraz zdjęć już nie znajdę więc wstawię to jedno:

z Annówkowego obozu z Lucką i Vercią, które pokazuje geniusz Qsława, patrzącego i czekającego na dysk, który zapewne chwile później został pięknie chwycony. to co dłubię we frizbi od wielu miesięcy procentuje więc myślę, ze ta fota to dobry symbol :)

wracając do wpisu, który – przypomne – pierwotnie zatytułowany był ‚FINAŁY!!!’ dalsza jego część brzmi tak:

bo małe litery okazały się nie wystarczające… ;)

już na początku notki musze zaznaczyć, że z pewnością zabraknie mi odpowiednich słów, by wyrazić zajebistość tych dwóch dni ;)

zacznę od tego, że kontynuując swoją własną tradycję wyznaczania sobie celu do osiągnięcia, wspięłam się na wysoki level autobezczelności i jako target ustanowiłam spokój ducha, mój oczywiście. ten sezon, mimo zmiennego szczęścia, pokazał mi, że zarowno od psiej, jak i ludzkiej strony, potrafimy razem z Q osiągnąć naprawdę wiele – kolejne starty, w których realizowaliśmy przeróżne założenia, zgranie, które chyba nigdy nie było lepsze i choć już wcześniej zauważałam subtelne sygnały, to obóz z Lucką i Vercią ostatecznie pozbawił wymówki, gdy zaufamy sobie i skupimy na własnych rolach, efekty są najlepsze.

Warszawa to moje miasto, kocham je szalenie, tęsknię za nim okrutnie, wspominam bardzo namiętnie (prawie tak samo, jak przerysowuje ;) ). umiejscowienie finałów na mapie Polski, siłą rzeczy oddziałuje na mnie pozytywnie.
piątkowe przygotowania pola upłynęły na radosnym pląsaniu przy basenie

później pomknęłam na spotkanie z królem gamoni (gamoń- jednostka będąca bliskim krewnym ‚pauonka’ jednak z innego okresu w moim życiu), a dzień skończył się miłym czillem w towarzystwie kjułiczkowo-włóczniczkowym. uświadamiając sobie, że mimo, że następny dzień przyniesie debiut Rudego i starty z Q, a ja nie czuje cisnącej presji, wiedziałam, że jestem na dobrej drodze do realizacji zamierzonego celu.

przejdźmy do konkretów!
sobota – starty typowo finałowe wyznaczone na wczesne popołudnie, poranek przeznaczony na time trial. time trial? raaany, kompletnie nie moja bajka! ostatnim razem, a było to ładnych kilka lat temu, stres miotał mną tak, że nie byłam w stanie, trzęsącą się ręką, dorzucić na te 20 yardów… :D na dodatek Rudy, zaaferowana, pląsająca w świecie motylków i outrunów, kropkowana gazela… no, ale zgłosiliśmy się, poddając argumentowi Pauli, że Naiek ma się otrzaskać z atmosferą zawodów, a kwestie przyczyniające się do ujemnego bilansu naszych szans na cokolwiek będą zwiększać szanse na osiągnięcie spokoju.rozgrzewka poszła bardzo ładnie – moja obfitowała w spokojne, równe, stabilne rzuty, Rudego za to, w mądre działanie, przyjemne pląsy i wspaniałą koncentrację. było tak słodko, że aż wyciekało nosem i uszami i dokładnie na tej tęczowej fali dopłynęliśmy do startu. numer pierwszy – Agnieszka i Nai (huhuhu, brzmi dumnie!), pierwszy rzut zacny, choć muszę przyznać, że pozornie o kilka centymetrów za bliski, ale, ale… Rudy geniusz, pełny determinacji, po ciasnym obiegu i szaleńczym pędzie do frizbiacza wyhamowal! popaczał! ustawił sie boczkiem, przepląsując idealnie za linie, chwycił i zawrócił pomijając tradycyjny łuk! pląsa do mnie, słyszy ‚daj’ i zanim oddał dysk do ręki słyszy ‚omiń’ i robi to!! płynnie i pieknie!! nie wierzę, że idzie tak gładko więc ze szczęką na ziemi rzucam po raz drugi i sytuacja dokładnie się powtarza! po chwycie dysku wydobywam ze swojego gardła najwyższe i najdonośniejsze ‚Tiiiiiiit!’ na jakie mnie stać i uciekam w drugą stronę, widząc kątem oka jak moj dzielny pieseł przyspiesza, by dogonić paniunie! mamy to! takie rzeczy! takie rzuty! taki dzielny, rudy zwierz! sekunde później słyszę 15,75sek jako wynik i jeszcze nie wiem, co to oznacza, mówiłam przecież, że to nie moja bajka… jestem zadowolona, żadna z moich fatalistycznych wizji się nie spelniła, Rudy dał radę lepiej niż sądziłam, a przypominam, że dalej nie wiem, co oznacza wynik. wynik oznacza, ni mniej ni więcej, że mieliśmy jakąś sekundę straty do rekordu świata ustanowionego w tej dyscyplinie. takie buty! choć przyznam szczerze, że fakt ten jara mnie dużo mniej niż to, jaki Nai był wspaniały i z jakim spokojem udało mi się podejść do naszego występu! dość długo byliśmy na prowadzeniu, później, o trzy setne sekundy (!!!) prześcignął nas Hachiko, a ja dalej pląsałam w narkotycznej euforii, z bananem na twarzy jarając się dokonaniami Tita :))
w rozgrywkach play off (tak się to chyba nazywa) moje zbyt krótkie rzuty zemściły się na nas, ale Naiek dalej błyszczał geniuszem pięknie łapiąc i utrzymując tempo, co było po tysiąckroć słodsze niż lepszy wymierny wynik. rok temu paradna kluska, cztery miesiące temu, biedny pokrojony Titek, a dziś, pełen mobilizacji, jak na włócznika na zawodach przystało, mój dzielny, wspaniały Nai! oh, oh,oh Nx<3…. tak, wiem, jestem nienormalna :))
kończąc sobotni wątek Naia na zawodach, będący wbrew chronologii, ale o Q już za chwile, powiem jeszcze tylko, że późnym popołudniem zebraliśmy się na rozdanie nagród w Time Trial, Rudy kontynuował relaks na materacyku, ja poszłam klaskać, az tu nagle słyszę 'drugie miejsce Agnieszka i Nai', ha! plejof plejofem, ale jak się okazało, sam wynik to osobna bajka (nie moja, wspominałam?) polazłam więc wdrapać się na podium, Szymon zorganizował szybką akcję pozyskania Rudego – i tu nastąpił moment najsłitaśniejszy dla mnie osobiście – puszczony Naiek odkrywa paniunie, biegnie ile sił w nakrapianych łapach i liczy się dla niego tylko to, żeby być razem, dostaję stado buziaczków! puchar to rzecz miła, zgadzam się, ale najmilsze jest coś zupełnie innego, nawet jesli to-to jest rude, w kropki, z nierówną kryzą, ogonem na rozjechanych uszach, finezyjnym wąsem i durnym ryjem – jest mój NAImojszy!!

pierwszy start ma miejsce jeden, jedyny raz w życiu więc wierzę mocno, że wybaczysz mi drogi czytelniku tę tonę cukru, do której z dziką przyjemnością wrócę za czas jakiś, wspominając miłe chwile. z Q się opanuję, obiecuję :)

przejdźmy więc do Księcia Ciemności, mojego zasadniczego zawodnika. szybki 'czek' w ramach rozgrzewki – piękny jak zawsze, mózg na miejscu, pupa w górze, niech mnie ktoś, kurna, obudzi!
na pierwszy ogień – losowanie numerów. wynik daleki od mojego ideału, ale zdecydowanie mogło być gorzej – super pro 16, open 9. najpierw tossik, rozgrzewka! przyznam, że większym wyzwaniem był aspekt psychiczny choć nie wiązał się on z okiełznaniem stresu (end de łiner iz…!) zgodnie z postanowieniami poobozwymi zamierzałam walczyć ze swymi paskudnymi naleciałościami i rzucać nowym sposobem, co wymaga ode mnie nieprawdopodobnej koncentracji na każdym, najmniejszym elemencie. rzucało mi się całkiem dobrze, nie marząc nawet, naturalnie, o czwartej strefie, ale i cel był inny.
zanim powiem, że nadeszła nasza kolej, pragnę oddać hołd mojemu psu. przed każdą z dwóch sobotnich rund z Q zostawiłam swój mózg do-tej-pory-nie-wiem-gdzie i urządzilam mu ciut za dlugie rozgrzewki. bezpośrednio PRZED. należy mu się, jeszcze dlugi czas, całowanie po stopach za to, że dał radę, prezentując na swoich występach bardzo dobry poziom. kondycja, kondycją, motywacja, motywacją, doceniam je szczerze, ale wiem, że bez tego, że on pracuje dla mnie, nie znaczyły by tak wiele, jak biorąc pod uwagę ten fakt. pokłony dla Księcia Ciemności!
no, dobra, teraz już mogę – nadeszła nasza kolej! najpierw tossik. wychodzę na start i wiem, że on da radę. widzę to. istnieją subtelne sygnały, po których umiem poznać, że energia nam nie sprzyja, ale nie było ich tym razem. zdeterminowane, intensywnie wpatrzone we mnie ślepia, pies cały 'zebrany' i wyczekujący, zerkam na sędziego, zielone światło, no to siup. ustawiam stopy, którymi nie ruszę w trakcie rzutu, od tego zaczyna się mój nowy rytuał, w pamięci przelatują mi wszystkie wskazówki, wiem gdzie ma być dysk, jak ustawić ramiona, kolana, biodra, rękę, wszystko! jedno słowo, pies biegnie, ja rzucam, dysk leci. tak, widzę, więcej kąta, ale pogoda mi pomaga, dysk zawisa na wysokości trzeciej strefy, idealnie w bonusie, Q nadbiega, skraca krok, wybija się z tyłu, chwyta frisbee, robi puczi-kulke i ląduje pięknie na cztery łapy, po czym szybko zawraca, pędzi do mnie, oddaje dysk idealnie do ręki i cały schemat powtarza sie od nowa… pięć razy! cały czas dorzucam na sam koniec strefy i gdy już wiem, ze mamy pięć chwytów postanawiam powalczyć o te kilkanaście centymetrów i… rzucam niemalże w prawą bandę – ojtam, ojtam :D koniec rundy, wszystkie dyski złapane, poza ostatnią szkaradą, wszystkie z nich były wyrzucone tak, jak być powinny, każdy chwyt w wyskoku, w bonusie i nie, nie przeszkadza mi brak czwartej strefy – jestem kozą, mogę opanować świat, jestem swoim własnym zwycięzcą! i mój pies! pozostawiony samemu sobie i tak mądry we wszystkim, co zrobił w trakcie tych 90 sekund! finał krajowy, creme de la creme jak to mówią spikerzy, a ja nie dorzucam do 40yardów i cieszę się jak głupia, dlaczego…? BO MOGĘ :D
wynik finalny 20,5 i bardziej niż ta jedna, wypocona czwóreczka cieszy mnie trzeciostrefowe 4×4. po opublikowaniu wyników jesteśmy na 7dmym miejscu, najwyższy wynik 22,5 i to w lapkach nie byle kogo, samego Zastępcy Księcia Ciemności!
śmignijmy do Open.
o tym, że wylosowaliśmy 9ty numer już mówiłam, ze zamordowałam swego psa przed też więc pozostało mi wspomnieć, że w ramach kolejnego ‚ułatwienia’ wpadłam na genialny pomysł założenia dżinsów na fristajl. świeżo upranych… tutaj już nie będę się rozwodzić,bo tego byście nie znieśli. gdzieś pomiedzy walką w schylaniu sie po kolejne frizbiacze, wyszły nam wszystkie istotne elementy, pamietałam o zmianach, Qsław śmigał jak szalony i tylko to zbieranie dysków… z samego występu przypominam sobie niezbyt wiele, po zejściu z pola miałam poczucie, że kaszany nie było, ale do ideału daleko. smutno mi było troszkę, że nie udało się powtórzyć wyczynu z Sopotu, ale odepchnęłam szybko od siebie tę myśl zasłaniając ją wygraną walką ze stresem!
TAK!TAK!TAK! udało się, w sobotę zwycięzyłam ten pojedynek przez nokaut i już nawet, gdy wieczorem zasiedliśmy do piżama party, czułam związane z tym faktem, przyjemne emocje.

aaaa, zapomniałabym! wbrew mojej wizji znalezienia się w drugiej połowie stawki, po pierwszej rundzie podium wyglądałoby następująco: Lucka z Dixi, Agnieszka z Q, Paula z Weną. niezły żart ;)

niedziela-dzień drugi, tym razem w dużym skrócie.

poranne dogdartbee, w trakcie którego Rudy był niezmiennie doskonale pędzącym, łapiącym, ale już lekko outrunującym na powrocie piesełę, a mi nawet udało się rzucić kilka razy tak, by wylądował w tarczy. geometria + frisbee = abstrakcja, przynajmniej dla mnie. w ramach ciekawotski, z frisbee niezwiązanej, mogę dodać, że Naiek ujrzał tego dnia KACZKI i powiedział, że nic innego na świecie nie istnieje. obiecałam mu wrócić kiedyś do tej dyskusji ;)
pierwszy niedzielny start z Q to był toss do openów.zgodnie z pierwotnym założeniem trzymałam się nowego sposobu rzucania więc jak łatwo przewidzieć, dyski lądowały na trzeciej strefie, jednak niestety coś mi się lekko wżarło w musk i nie było już tak pięknie, jak być powinno, ale przecież mam Q! 17,5pkt, jeden dysk odbity, reszta złapana w locie :) dało nam to 7 (chyba) miejsce i drugą wejściówkę do top ten! jak miło :)

druga runda Super Pro była polem walki, gdyz czułam, że bycie oazą spokoju przez dwa dni to dla mnie, na chwilę obecną, trochę zbyt dużo. zjeść się nie dałam, ale trochę mnie nadgryzło. plus jest taki, że bardziej własny mętlik w głowie niż chęć osiągnięcia rezultatu. nie było źle, a będzie lepiej – uzyskaliśmy 19pkt, co jak się później okazało, dało nam 10miejsce.
więcej na temat naszych poczynań w tym zakresie pisać nie warto, ale nie mogę nie wspomnieć, o poczynaniach dream teamu Marian&Zdzisław! chłopcy, jak już mówiłam, po pierwszej rundzie dzierżyli pierwszy wynik, podobnie jak dwa inne zespoły, przez co startowali jako trzeci od końca (logiczne, czyż nie? :P ). pierwszy ich finał, dobry wynik, ciśnienie podniesione przez pozostałych konkurentów i poprzeczka na wysokości 24 punktów do przeskoczenia. wiedziałam, że normalnie stać ich na to, by rzucić nawet 25, ale zawody, presja itd… cóż to będzie? pierwszy rzut , super, czwarta strefa, Zdzisław, jak nie on, zacnie wzbił się w powietrze, daleko jednak od bonusu… dwa kolejne, znów ta sama sytuacja. jako naczelny pauonk tego świata wiem, że to co się dzieje w mózgu, gdy z jednej strony, jest dobrze, z drugiej, musi być lepiej i ma się świadomość, ze są na to szanse, przekracza możliwości wyobrażenia normalnego człowieka. a oni? zrobili to! kolejne trzy rzuty to były same piątki, absolutnie genialne, absolutne kapitalne, będące dowodem na to, że można pokonać własnego wewnętrznego skrzata, a może nawet nie pokonać, tylko zmiażdzyć go swoja siłą jeszcze przed walką? tak czy inaczej, 24pkt! i wyszli na prowadzenie, mając pudło w kieszeni! nie spodziewałam się, ze umiem cieszyc sie tak bardzo czyim szczęsciem i jako właścicielka Księcia Ciemności, posiadającego Zastępce, który wygrał swoje pierwsze finały!! puchnę z dumy! bylo pięknieeee!

w tej radości podeszliśmy do ostatniej rundy, do ostatniego fristajlu, ja w odpowiednich spodniach ;), on z odpowiednim nastawieniem i…. mimo niezłapanych 5 dysków oceniam ten występ jako bardzo udany! pamiętałam, żeby lepiej pofikac po polu, rzuciłam fingerflipa z biuzbiuzm, którego ostatnio prezentowałam z Zelówką, a Qsław trzasnął TAKI zigzag, że klękajcie do stopy! każdy rzut inny, wszystkie bardzo dobre technicznie i złapane równie doskonale bez najmniejszych łuków, naprawdę zacnie! zrobiliśmy to! popłynęlismy na fali! czelendź komplit! w efekcie spoczęliśmy na 5tym miejscu w Super Open, które satysfakcjonuje mnie niesamowicie! i chyba po raz pierwszy nie odczuwam potrzeby rozważania ‚co by było gdybym rzuciła 22,5 na tossie’ ;) awansować po rundzie free, ja Cięęę!
a na dodatek, tym zacniejsze było zakończenie całej imprezy, że na podium, jako jedyny polski zespół, stanął Pauonk z Matką Puczką, za to dzielna, obchodząca w tym dniu trzecie urodzinkiiiii Dżony, miała drugi najlepszy fristajl zawodów i walczyła we frisbatelce z samym Lakim-wymiataczem, ostatecznie ustępując mu w drodze po ostatni puchar.

w ramach monopolu pauonk składu na sukces musze wspomnieć również o wielkim osiągnięciu brata Naika, Łesia razem z jego Pająkiem! z Pająkiem, który zawsze gdera o tym, że jest źle, a później wychodzi i zajmuje kolejno drugie i trzecie miejsce na dogdartbee – tak bardzo ona nie umie rzucać, a jej pieseł łapać, paczciepaństwo!

to były dla mnie najlepsze finały jak do tej pory, zarówno pod względem towarzyskim, treningowym jak i każdym innym! moim psi panowie tacy zacni, ja taka ogarnieta, pauonki takie podiumowe i tylko żal, że na ten rok to już koniec… ale za chwile będziemy to świętować w Annówce, później w październiku raz jeszcze i nim sie obejrzymy, już będzie Wrocław 2015! życzę sobie i Wam by było już tylko lepiej i składam ostatnie postanowienie w tym roku… ale po cichutku, choc chyba łatwo się domyśleć ;)


podsumowanie lipca!

zachowując kolejność nadrabiania zaległości nastał czas na wspomnienie o początku lipca!
na pierwszy dzień tego miesiąca przypadła ostatnia wizyta Naia u dr Bissenika. 8 tygodni od operacji minęło chwile wcześniej, od kilku dni pozwalaliśmy sobie na coś więcej niż leżenie na kanapie

szczecińskie pląsy nie spowodowały żadnych nieprzyjemnych skutków jednak jechałam do Warszawy z duszą na ramieniu. wizyta przypadała na wtorek, a w poprzedzającą go niedziele również byliśmy w stolicy, przy okazji organizowania pokazów, gdzie Rudy przez chwile posztuczkował, a później zakulał na TĘ łapę :( szybki przegląd wykazał przytartą opuszkę, ale mój umysł zaczął generować najgorsze scenariusze. na szczęście doktor po dokładnych oględzinach pokazał kciuk w górę, cała łapa Naika działa sprawnie a nawet lepiej i tym oto sposobem dostaliśmy zielone światło na powrót do aktywności z przykazaniem corocznej kuracji i sesji zdjęciowej za jakis czas!

prosto z lecznicy wyruszyliśmy do Poznania, gdyż juz następnego dnia miał rozpocząć się cykl zaplanowanych treningów.
w przeciwieństwie do wcześniejszych spotkań, które miały poruszać możliwie wiele aspektów frizbowych, tym razem zaplanowałyśmy zajęcia tematyczne, tak by na każdym z trzech treningów, możliwie jak najlepiej dopasować poruszane zagadnienia do oczekiwań uczestników.

pomysł tematycznych spotkań wziął się stąd, że od dawna na seminario-treningach by Gumiszi&Gubiszi nie trafiła nam się grupa, w której byłyby same nieznane nam osoby i w efekcie stali bywalcy często słyszeli o danym zagadnieniu kilka razy. nie korzystamy ze skryptów więc konkretny temat za każdym razem przedstawiamy w trochę inny sposób, ba, o niektórych można słuchać kilka razy i za każdym z nich wyciągnąć coś nowego dla siebie, ale myślę, że możliwość wyboru tematyki też jest ciekawa. wydaje mi się, ze nowa formuła sprawdziła się i na pewno w przyszłości będziemy jeszcze myśleć o jej dopracowaniu :)

wracając jednak do samego wydarzenia – było zacnie, jak to w Poznaniu! pogoda nam dopisała, uczestnicy również, ci psi i ci ludzcy, stając za każdym razem na wysokości zadania. ponieważ jaram się strasznie tym, że RUDY JUŻ MOŻE! nie mogę nie wykorzystać okazji do pochwalenia Naika jako debiutującego demo-doga! skupiał się pięknie, z dumą prezentował rodzaje aportu i pląsał radośnie, jak na rudą gazelę przystało! ponadto nasz wspaniały hodowca ;) wprowadził Tituta w świat agilitek układając pierwsze mądre ćwiczenia. ja się na tym kompletnie nie znam, ale ponoć błyszczał…;)

Naiek miał również okazję do spotkania ze swym mroczno-kropkowanym bratem – Kendo. nie muszę dodawać, że miłość braterska kwitła…?

w drugiej połowie lipca znów odwiedziliśmy wielkopolskę.
podobnie jak w zeszłym roku, w tym również zawody w Sopocie zbiegły się z annówkowym obozem frisbowym, tym razem jednak, w odwrotnej kolejności.
najpierw uprawialiśmy dzikie pląsy, na doskonałej, jak zawsze, annówkowej trawie, trzaskaliśmy się na heban ucząc nowych technik rzutowych,

by później móc z nieskrywaną radością ochłodzić się pod nowym wypasionym daszkiem tudzież dedykowanym zraszaczem!

zacna ekipa!

psy przeżywały totalną ekstazę udając, że upał ich w zasadzie nie dotyka. z pewnością przyczyniła się do tego możliwość korzystania z basenu i przywdziewana po treningach pro-chłodząca kamizelka, tymniemniej spacery, frizbiacze, agilitki pozwalały im tkwić w ciągłej euforii! tak, tak! napisałam agilitki i znów tak, tak! napisałam IM! Naiek kontynuował swe mądre, hopeczkowe ćwiczenia,

jak również powoli wracamy do rzucania frizbi.
Q natomiast pokazywał co potrafi na dekielkach, przypominał sobie elementy freestyle’u, łapał tossa i zapoznał się z huśtawką!

Zelówka natomiast przeżyła swoje ‚summer love’ bo nie tylko kanapy i łóżka były w jej posiadaniu

ale również serce Kądzieli, a co za tym idzie mnóstwo miziania i smaczków!

nie wspominając już o kuchni… ;)

na pozytywnej fali, prosto z Annówki, pojechaliśmy na ostatnie zawody kwalifikacyjne DCDC do Sopotu.
morze kocham miłością szaloną, a gdy łączy się z frisbee i psami, to nie jestem sobie w stanie wyobrazić lepszego układu!

jamnik pasuje do nadmorskiego domku!

przed każdymi zawodami formułuję w myślach życzenie dotyczące występów, które chciałabym, żeby się spełniło – tym razem było z pozoru banalnie, chciałam, żeby Q łapał. dobre rzuty, płynność, zgranie są ważne są bardzo ważne, ale chciałam doświadczyć poczucia, że od momentu wyrzucenia dysku wkraczam do mgiełki czilałtu, a mój czarno-biały książe odwala mądrze sam resztę roboty. zwykle, mimo, że wiem, że już nijak nie mam wpływu na to, co się stanie, bardzo absorbuje się psychicznie tym, co się dzieje. tym razem było inaczej, mój wewnętrzny pauonk przybrał zrelaksowaną pozycje kwiatu lotosu, jod z powietrza dostarczył turbodoładowania i w efekcie na tossendfeczowej rozgrzewce, rzucało mi się rewelacyjnie, niejednokrotnie przerzucając pole! pomyślałam – jest dobrze! na tej, jakże cudownej fazie, podeszłam do fristajlu, pozycja numer jeden na liście startowej, zagwarantowała brak czasu na zbaczanie myślami w złą stronę, no i… z głośników sączyło się ‚nowy świat, bez wad, ma smak plastikowy…’ a my popłynęliśmy! :D

nieskromnie powiem, ze to był chyba nasz najlepszy występ do tej pory :) czułam mobilizujący spokój, mój mózg odbierał niczym niezakłócone bodźce i odpowiednio na nie reagował, wiedziałam co, gdzie i kiedy zrobić, a Q? był genialny! pamiętam, ze w kilku momentach naszego fristajlu miałam poczucie ‚slołmołszyn’ i przemknęła mi przez głowę myśl ‚ja cię! jak zacnie!’ ;)

czasami mój pies daje się ponieść emocjom i wtedy czuję, że muszę go trzymać w ryzach, tym razem pląsaliśmy radośnie razem, po jednej kjułiczkowo-gubisiowej tęczy! nie muszę dodawać, że cel został osiągnięty – z rekordowych, wyrzuconych przeze mnie 42(!!) dysków tylko 4 nie znalazły się na czas w paszczy Q.

schodząc z pola czułam, że to coś więcej niż ‚dobrze’, piękny stan, polecam :)
gdy pojawiły się nowe listy startowe, okazało się, że nie tylko mi się podobało i w naprawdę mocnej stawce uplasowaliśmy się na trzecim miejscu, zaraz za Lucką z Rayo i Asią z Luckym!
i tu następuje moment, w którym muszę wspomnieć o rundzie super pro… tak jak napisałam, rozgrzewka poszła bardzo dobrze więc plus dla mnie, Qsław błyszczał niczym Edward więc plus dla niego, a jednak! niby 20,5 to nie najgorszy wynik, ale nie było tak gładko jak na free. pieseł pracował bardzo dobrze, wyłapując wszystko, co było do złapania

ale moje kończyny odmawiały posłuszeństwa więc musiałam toczyć walkę o 4tą strefę., czego szczerze nie znoszę. jak łatwo się domyślić, fakt ten bezczelnie podszedł do mojego zrelaksowanego w pozycji kwiatu lotosu wewnętrznego pauonka i zdzielił go w czoło, wytrącając tym samym z równowagi. biedny zachwiał się do tego stopnia, że rundę tossa do openów skończyliśmy z wynikiem 12 pkt, powtórzę DWUNASTU PUNKTÓW i X-nastą pozycją. nie pytajcie mnie jak, po więcej smacznych przepisów zapraszam na http://www.pauonk.tv ;] gdy myśli galopują w dół współczucie nie działa, mówienie, ze nic się nie stało, albo, że będzie dobrze również nie, ale już normalna, krótka rozmowa, ze stwierdzeniem faktu pozwala nabrać dystansu, dzięki Dżony!
nie poszłam topić się w morzu, za to przypomniałam sobie, że to, co chciałam – łapalność Qsława – pozostało bez zarzutu, a jako, że stanowimy duet żywych organizmów, to juz tak bywa, że któreś nawala ;) pozwoliło mi to, na delikatny powrót w stronę spokoju i odbycie reszty występów na może juz nie tak genialnym, ale całkiem przyzwoitym poziomie. zamiast biczować się daniem ciała i spektakularnym spadkiem, wolę czerpać satysfakcję z tego, że mimo tych 12 stu punktów i chyba 18(?) miejsca drugim występem podskoczyliśmy finalnie na 10te!

dość już o Qsławie i moich wyczynach, czas na Rudego! były to dla niego pierwsze zawody, na których mógł popląsać z boku pola. ten pies jest niesamowicie skutecznym rozweselaczem, bo a) jest wrażliwym na uczucia pańci włocznikiem, a pańcia go kocha i nie chce smucić i b) spójrzcie tylko na jego twarz… :)))

Naiko chyba odczuło powagę sytuacji po moich tossowych popisach, zmobilizowało swoją rudą pupkę i w trakcie frizbiaczopoczynań spływało geniuszem! nie da się być złym czy smutnym mając takie mądre psy! trzeba wziąc w garść rozwiane loczi i działać! i tak też będzie :)

na koniec, w ramach pozytywnego akcentu i pokazania jak bardzo miłość potrafi być ślepa :P zdjęcie Nismo, Westa i Naia rok temu na finałach (gdzie byłyśmy przekonane, ze są taaacyyyy pięęęęęęęękniiiiii) i porównawcze z tego roku, z Sopotu – enjoy!


skrót(?) wydarzeń.

ooooraaaaanyyyy, ale zaległości.

emocje już co prawda opadły, ale wzmianki zabraknąć nie może, a więc…
chronologicznie!

->LADC 16-18 maja.

tegorocznemu ladc było pod wieloma względami wyjątkowe.
osiem grup (70 zespołów człowiek-pies), ośmiu trenerów (w tym trzech zagranicznych), wykłady rozpoczynające akademię już w piątek, piękny teren i niezmiennie zaskakująca pogodą :)
ladc zaczynało się dzień po operacji Naia i zastanawiałam się jak mój umysł to zniesie jednak magia tego wydarzenia spowodowała (choc może zabrzmi to brutalnie) że moje myśli pozostały przy frizbiaczach.
niesamowicie cieszyłam się po ogłoszeniu informacji o wykładach, szczególnie nie mogłam się doczekać tego, dotyczącego treningu mentalnego. temat został przedstawiony przez prowadzącą, psycholog sportu Joannę Denus, w bardzo ciekawy sposób. czułam jak posiadana już oraz dopiero co zdobyta wiedza układają się w spójną całość. ćwiczenia praktyczne i dialog prowadzony z uczestnikami wniosły wg mnie wiele dobrego, skłoniły do refleksji nad zagadnieniem. często nie doceniamy siły własnego umysłu, sądząc, że same umiejetności ‚techniczne’ nam wystarczą, mistrzów jednak nie ma na pęczki. kto nie był, niech żałuje!
sobota i niedziela standardowo były dniami treningowymi. do tej pory na ‚ladc centrum’ czuliśmy się jak smażone frytki więc nie trudno wyobrazić sobie nasze miny, gdy w sobotni poranek ulewa uniemożliwiła rozpoczecie punktualnie zajęć… ;) nie ma jednak lekko, gdy strumień wody lecącej z nieba przerodził się w większy kapuśniaczek zaczęliśmy! do końca seminarium, w kwestii pogody mieliśmy zmienne szczęście, jednak o tym, że słońce też z nami było przypominały mi później, sięgające połowy przeramienia, wysmażone na czerwono ‚rękawki’ ;)
w tym roku przypadły mi do prowadzenia grupy początkujące i szczeniaki. czasami zdarza się tak, że stykając się po raz pierwszy z dogfrisbee człowiek myśli sobie ‚o raaaany, ja tak chcę, rzucę fafikowi, fafik złapie, będziemy najlepsi’, a później idzie zdobywać wiedzę i umiejętności i im bardziej odkrywa, że jest ich dużo, tym bardziej mina więdnie, zapał opada, bo okazuje się, że pstryknięcie palcem nie wystarcza, a bez pracy nie ma kołaczy. żaden z ‚moich’ uczestników nie należał do tej grupy! takie miałam szczęście! dane mi było pracować z ludźmi z olbrzymim zapałem, chęcią do zdobywania nowych skilli, którzy nie bali się pytać, dyskutować, którzy drążyli temat. z ręką na sercu mogę powiedzieć, że spędziliśmy wspólnie czas w sposób bardzo produktywny i dla mnie, osobiście niesamowicie inspirujący.
na koniec odbyło się rozdanie dyplomów, wspólne zdjęcie iiiii…. jako prowadząca dostałam cudną niespodziankę! TADAAAM:

a tutaj namiastka tego, co się działo:

-> DCDC Wrocław 31 maja – 1 czerwca

oj. ojojoj.
jak zima, co roku, zaskakuj drogowców, tak Wrocław w tym roku zaskoczył mnie…
popełniłam już raz ten błąd i 3(?) lata temu będąc na zawodach nie wystartowałam w nich. zarzekłam się wtedy, że już nigdy więcej więc mimo kontuzji uniemożliwiającej normalne poruszanie się od maja… bardzo! bardzobardzobardzo! chciałam wystartować. niestety, możliwość zgarnięcia dysku z ziemi jest niezbędna do zrobienia fristajlu toteż z wielkim smutkiem, czekając na poprawę do samego końca, musiałam zrezygnować ze startu w openach :( ale, ale! nie ma tego złego, przecież zostaje super pro! mimo mojej ułomności ćwiczyliśmy zacnie z Qsławem zarówno piękne i mądre łapanie jak i dalekie rzuty! przecież szło nam świetnie, rok temu w Poznaniu trzasnęliśmy 24,5 pkt więc może by się pokusić o 25…? plan był wspaniały, jednak trochę martwiło mnie wspomnienie startów w Opolu, gdzie osiągnięcie czwartej linii było związane z walką na tyle wielką, że celowanie w środek odeszło w zapomnienie. no, ale przecież na treningach szło nam świetnie! tak świetnie, że aż w moim umyśle pojawiła się nieśmiała wizja longa! taaaaa… longaaa-pauonkaaaa ;]
zanim dowiecie się jak bardzo spierdzieliłam, chciałabym pochwalić się, że w ramach wsparcia inwalidy, otrzymalam od Pauli możliwość wystartowania z Hondą w tossie! razem z Dżonym tworzymy trudny, choć pełen pasji związek. Torpedka, jak na torpedkę przystało pięknie popierdziela, szybko wraca, jest bardzo czuła na wskazówki ze strony przewodnika i… jest psem Pauli, która 97% dysków rzuca na odległość bliższą niż dalszą, a tossa trenuje – jakże by inaczej! – głównie na zawodach :P
wracając do osiągniętych we Wrocławiu wyników – miało być tak pięknie, a wyszło… jak wyszło. być może fakt, że po raz pierwszy od bardzo dawna, pojechaliśmy z Qsławem sami na zawody miał na to wpływ, byc może za dobrze sie przygotowaliśmy i było to na tyle niezwykłe, ze nie mogło się udać… ;) w każdym razie, daliśmy ciała na maksa. ja rzucałam jak dziki trol, próbując na siłę uzyskać odległość i przełamać zakwasy po wcześniejszym, przypadkowym rzucaniu cegłówką, on oślepiony blaskiem jasności fikał nie zawsze w najmądrzejszy sposób, a ona? Dżono-Dżona rozbiła wszystko doskonale, tylko gdzieś na początku 3ciej strefy wsysał ja tajemniczy wir i wypluwał na czwartą w pełnej dezorientacji :P jeszcze chyba nigdy nie wokalizowałam tak w trakcie startu, ale przynajmniej pochłonęło to cała moją uwagę i energię których starczyło już na stresowanie się :) druga runda w niedzielę, łatwiejsza po takim skopaniu, poszła nawet nie najgorzej. psy i ja wyciągnęlismy się, tym razem wzięłam dobre dyski, zostawiając cegłówkę w namiocie i tak z Q osiągnęliśmy bodaj 19,5 pkt a z Hondą UWAGA!! 22! Dżonatan na tossie skacze nieznacznie, szczególnie, ze przywykła do startów ze swoją paniunią, toteż tym bardziej cieszy mnie nasz wynik!
to były pierwsze zawody, od bardzo dawna, na które pojechaliśmy sami z Qsławem. Szymon i reszta bandy zostali w domu pilnować Rudego. równowage w przyrodzie, pomagając rosnąć memu sercu zapewniły jednak dwa spotkania rodzinne!

Włóczniki:

Kjułiki:

i konferansjerka z Pusheenem!

-> DCDC Poznań 14-15 czerwca

Poznań, miasto doznań.
Pauonków, Dżonów i Rudych Ronów!

po wrocławskiej abstynencji fristajlowej uznałam, że mówi się trudno, pierdziele! będę się czołgać, turlać, kompromitować, ale startujemy! jak zawsze był wspaniały plan :D tym razem obejmował stworzenie nowego free. trudno tego dokonać w 1,5 tyg zachowując normalną aktywność zyciową. jeszcze trudniej z niedziałającym kolanem, ale nie ma że boli! nie zdzierżyłabym świadomości, ze zostały mi jedne zawody z serii dcdc na których moge wystartować. treningi sekwencji, które odbyliśmy z Q przed zawodami były kosmiczne. chyba jeszcze nigdy mój pies mnie tak pozytywnie nie zaskakiwał, nigdy nie odniósł tylu sukcesów, ah… płynęlismy na tęczowej fali. pazerność moja wzięła górę i uznałam, że skoro idzie tak świetnie, to zrobię jeszcze treningi we wtorek, czwarte i PIĄTEK PRZED ZAWODAMI (SIC!) w trakcie których stworzę i opracuję nowe sekwencje. zastanawiam się czy jest możliwe, że nie zauważyłam jak spada na mnie gigantyczny kamień z nieba, jak wali we mnie piorun czy też może był jakiś inny powód takiego zaćmienia, ale cóż… tak właśnie było. wstyd mi za to okrutnie i bijąc teraz pokłony przed Qsławem, który mimo moich szaleńczych wizji, dał radę psychicznie i fizycznie, obiecuję z ręką na sercu, że juz nigdy więcej tak nie zrobię. jeśli będę próbować, niech mnie pochłonie jasność ;]
my tu sobie pitu-pitu, a jeszcze ani słowa o starcie! prawie jak zawodowy snajper, udało mi się ustrzelić doskonałą pozycję na liście startowaj, a konkretniej byliśmy na drugim miejscu. sytuacja idealna, bo pierwszemu jest najtrudniej, a z drugiej strony im dalej, tym więcej stresu dla mnie. traf chciał, ze bezpośrednio przed openami, miała miejsce runda kwalifikacyjna do dogdajwingu, na którym despotycznie dzierżę mikrofon i który kocham miłością szaloną, toteż ostatecznie wystartowałam jako przedostatnia, a miss platformy, Paula z Weną, zamknęły super openową stawkę. na stresik miejsca nie było, pierwsze dźwięki naszej zacnej brend nju mjuzik pokierowały mnie w jedyną słuszną stronę i… choć nie wszystko poszło zgodnie z planem, to byłam bardzo zadowolona z naszego występu. sekwencja blisko ciała z vaultami wyszła nam przecudnie ze 100% łapalnością, ładnymi, wczesnymi, wysokimi rzutami, z doskonałą, świadomą pracą Q i już nawet passing i zigzak (które potencjalnie miały być elementami pewnymi, a na zawodach totalnie nie wyszły) nie były w stanie odciągnąć moich myśli w złą stronę :))


fot. Andrzej Podgórski

to był ten moment, którego życze każdemu – poczucie sukcesu, miejsce, punkty są wtedy kompletnie nieistotne. niedzielny występ był na dość podobnym poziomie, przebiegł według bezcennej wskazówki Gumiszi czyli ‚nie śpiesz się’, część rzeczy wyszła lepiej, część trochę gorzej, ale generalnie… czy ja naprawdę rozważałam niewystartowanie?! fristajl, fristajl… tossik kurna! przy relacji zawodów wrocławskich wspominałam, o nierównej walce z tą konkurencją. w Poznaniu, po raz PIERWSZY!!! w życiu!!! zrobiłam 3 równe rundy toss&fetcha. z rzutami, które nie były absolutnie idealne, ale całkiem nienajgorsze, z wolnym od chaosu umysłem, z absolutnie-zajebiście-fantastycznie pracującym psem! raaany, jakie to fajne! w sumie zdobyliśmy 44,5pkt w Super Pro, tym samym piąte miejsce i kwalifikacje na finał krajowy, 120,61pkt w Super Open, siódme miejsce i kwalifikacje na finał krajowy oraz tytuł mistrza pod wezwaniem pauonczarskiego umysłu i dumę, która rozpiera do dziś :) nie byłoby to możliwe, gdyby nie bezcenne wsparcie pauonk squadu i najlepszy, jaki można sobie wymarzyć doping elity z górki – bardzo Wam kochani dziękuję!


fot. Andrzej Podgórski

pisząc o poznańskich zawodach nie mogę nie wspomnieć o moim kolejnym spełnionym marzeniu – dostałam możliwość sprawdzenia się w roli sędziego oceniającego freestyle! w udziale przypadły mi startersy, a konkretniej kategoria pies. przeczytałam kilkukrotnie regulamin, obejrzałam setki filmików, sporządziłam notatki, opracowałam sobie system oceniania i… jak zawsze teoria-teorią, a praktyka-praktyką. jeden mózg, jedna para oczu i dwie ręce okazały się być niewystarczające, mnogość decyzji do podjęcia i świadomość ich konsekwencji powodowały, że kilka minut między występami, dające czas na ocenę, mijały niczym kilka sekund. aspektów do rozpatrzenia było wiele, niby tylko ocena psa, ale wszystko, co dzieje się na polu ma na nią wpływ przez co ostateczne równanie dalekie jest od „2,5 – 1 + 0,75”. zawsze zastanawiałam się, jak niektórym udaje się sensownie oceniać występy przyznając setne częsci punktów. teraz już wiem, że wymaga to niesamowitej wiedzy, doświadczenia i oleju w głowie. dzięki możliwości sprawdzenia się w tej roli jeszcze bardziej chylę czoła przed takimi sędziami – czapki z głów!

-> seminarium w Szczecinie 21-22 czerwca

ledwie wróciliśmy do domu, a już czas był wyjeżdżać. znowu Poznań, choc docelowo Szczecin, no, ale boże ciało zobowiązuje :)

w ramach płodozmianu, pojechaliśmy z Gumiszi na adżilitki, gdzie Książe Ciemności, razem ze swą wielką miłością Matką Wu popylali przez hopeczki robiąc wybitnie mądre rzeczy.

chwila relaksu i sio, w drogę! by ją sobie umilić zaliczyłyśmy moczenie stópek w jeziorku

później rajd czerwoną strzałą, życie na krawędzi na górce, wiatr we włosach, krówka w zębach i jednokierunkowe, rozkopane uliczki w Szczecinie… ;)

seminarium odbyło się ekstremalnie wietrznej i niesamowicie miłej atmosferze. poznałyśmy sporo nowych, obiecujących par psio-ludzkich, które dzielnie walczyły o kontrolę nad poczynaniami wyrzucanych dysków.

bardzo spodobała mi się różnorodność rasowa, szczególnie, że wszystkie psiaki wykazywały się dużym zaangażowaniem i chęcią pracy, choć w myśl teorii, że pies upodabnia się do właściciela, trudno jest się temu dziwić :)
weekend minął nam bardzo pracowicie, ale też inspirująco, a przy okazji zostałyśmy tak bardzo rozpuszczone towarzysko i kulinarnie, że aż nie chciało się wyjeżdżać, a poczucie odległości od Szczecina zdecydowanie zmalało! dziękujemy za wspólnie spędzony czas, dodatkowo Magdzie i Gosi za organizacje oraz Marcinowi za odporność na bezczelność naszych bestii i cierpliwość w spełnianiu mojego marzenia o planszówkach <3 no, dobra… za truskawki też!

na koniec dodam, że szczeciński wypad był pierwszą okazją dla Naia do lekkiego pląsania! choć daleko mu było do pełnej swobody, to pięknie prezentował swe umiejętności i trwaliśmy tak wspólnie w euforii ciesząc się nowymi możliwościami :)

radość, radość, wszędzie radość… chyba było aż za dobrze. przedwczoraj minął miesiąc, od kiedy nasze stado pomniejszyło się.
pięć psów to dużo, zawsze mówiłam. teraz wiem, że cztery to o jednego, TEGO jednego za mało…
ostatnie zdjęcie Zamsza.


pierwsza ćwiartka za nami!

równo dwa tygodnie temu, w czwartek przed LADC, Naiek przeszedł zabieg.
to był zarazem najgorszy i najlepszy dzień całej tej ponurej historii z problemem Rudego. najlepszy, bo rozpoczął nowy etap w naszym życiu i bardzo wierzę, ze od tego momentu będzie już tylko lepiej, a najgorszy, bo… mimo świadomości, że różne przypadłości zdrowotne to sprawa bardzo smutna nigdy nie sądziłam, że tak bardzo miażdzy to psychikę, a gdy już się wie, że to ten dzień, ta godzina, to naprawdę ciężko jest funkcjonować. w… po prostu ciężko jest funkcjonować. nawet teraz, pisząc o tym, emocje skaczą mocno w górę, ale chyba taki już urok psio-ludzkiej relacji.. ;)

na pamiątkę tamtej chwili dostaliśmy to, co udało się wydobyć z Naia:

operacja nie trwała długo. fakt, że przeprowadzał ją lekarz, którego wiedzy i doświadczeniu zaufałam, a w trakcie, koło Rudego była ciocia Monia pozwolił mi nie stracić do końca głowy. widok śniętego Naia i myśl, że jest już po wszystkim były szczęściem nie do opisania. nadzieja naprawdę umiera jako ostatnia :)
ogromne wrażenie zrobił na mnie czas regeneracji. do całkowitego zagojenia się ‚ała’ mamy co prawda jeszcze 6 tygodni (stąd też tytuł wpisu, bo dwa już za nami) ale samopoczucie Tita, szybkość z jaką zaczął normalnie używać łapy, fakt, że już go nic nie boli, a naszym największym ‚zmartwieniem’ na chwilę obecną jest brak możliwości pląsania napawają mnie dość mocno optymizmem.

dziś ponownie pojechaliśmy do dr Bissenika, by pokazać jak wygląda powojenny Rudy Ron.
moje przypuszczenia były słuszne, wszystko goi sie jak na psie czyli jednym słowem, dwa słowa – JEST DOBRZE! nie ma żadnych oznak bólowych, zakres ruchów jest w porządku, Naiek był bardzo dzielny i podszedł do wizyty z dużym entuzjazmem.. ;) doktor też był dzielny, bo zniósł mój ostrzał z pytań, które spisałam sobie w notesie i upierdliwie zadawałam.
gdy postawiono diagnozę – OCD, bardzo zależało mi na jak najlepszym poznaniu tematu. przeszukując internet wzdłuż i w szerz natrafiłam nie tylko na fachowe publikacje, ale również na relacje i teorie różnych osób nie będących specjalistami, które jednak miały swego czasu z tym problemem mniej lub bardziej do czynienia. we mnie zasadziły one ziarnko niepewności, a myślę, że znajdą się i tacy, którzy ich posłuchają. spora część moich pytań spowodowana była chęcią wyjaśnienia tych zagadnień i postaram się w najbliższym czasie napisać coś więcej na ten temat.

często, gdy pada temat chorego psa, mówi się o pieniądzach. jest to temat, który, owszem, ciężko pominąć, jednak rzeczą nieocenioną pozostaje wsparcie. świadomość, że blisko są ludzie, którzy trzymają kciuki, wierzą, że będzie dobrze, przejmują się tym, co sie dzieje to naprawdę bardzo pomaga. niesamowicie cieszę się, że takie właśnie osoby mnie otaczały i bardzo im za to dziękuję :)

tymczasem, przed Naiem 4ry tygodnie nicnierobienia, o, przepraszam! kiziania, miziania, masowania, nagrzewania, prostowania, składania, pływania, nauki trzymania koziołka, ale przede wszystkim jednak… spania :) na początku lipca kolejna wizyta kontrolna, a później 2 tygodnie i ruszamy na SuperSpacer!

*głos z reklam tesco*
A PO PŁYWANIU WYGLĄDAM TAK!


pierwszy wspólny rok z księciem hejtu :)

dokładnie rok temu, 15 maja, wsiadałam po pracy w pociąg do Poznania, który rozpoczynał nowy etap w moim życiu.

pełna obaw i nadziei jechałam po rudą, klopsowatą kulkę, która miała być spełnieniem marzeń.

był zupełnie inny, niż moje wyobrażenia o przyszłym psie, jednak coś jest w miłości od pierwszego wejrzenia i teraz jest mój, NAI-MOJSZY, i kocham go bardzo mocno :)

po kudłatym pulpecie ślad zniknął, została piękna, mądra i szalona ruda gazela. mój Naieczek, paniuni Titutek.
czemu Titutek? Paula wołała na małe WłóczoArsiory „titititi” (wszystkich, którzy znają dziki pisk gumiszi proszę o wizualizację :D ) i pląsały wtedy do niej radośnie. było więc „tititi Naio!”, „tititi!”, „tito”, „titut”, „tituszek” ;)

dziś, po upłynięciu 365 dni, ponownie ruszamy w podróż, by rozpocząć nowy etap. ponownie o godzinie 19stej pomyślę sobie ‚czas start’ i tak samo jak wtedy będę… cholera, jestem! pełna obaw i nadziei. myślę sobie jednak, że będzie dobrze. będzie, bo musi – nie ma innego wyjścia. rudym gazelom sie nie odmawia!


pokonałam potwora!

miniony weekend spędziliśmy razem z Qsławem na wizycie w Opolu z racji zawodów frisbee.
podobnie jak w zeszłym roku byłam sędzią jednak raz, że zyskałam awans na sędziego głownego, a dwa, tym razem sama również startowałam!
plan był taki, żeby zgłosić się i pokonać wielką pałe :P rosnącą sobie w mym umyśle – poszedł więc quad i toss. no dobrze, przyznam, że poza chęcią pokonania własnego stresu chciałam też sprawdzić jak spisze się książe ciemności, ciągle pobierajacy nauki związane z byciem mistrzem łapania.

zanim jednak o naszych poczynaniach, to chciałabym nadmienić, ze – uwaga, uwaga – pogoda była piękna! przez dwa dni, z lekkimi przerwami świeciło słonko, temperatura pozwalała momentami na odsłonięcie łydek i ramion, jednak bez gotowania. w miejsce deszczu/ śniegu pojawił sie wiatr więc pod tym względem lekko nie mieliśmy, ale mysle, że w ogólnym rozrachunku możemy to pominąć :)
zawody przebiegły w miłej, dośc piknikowej atmosferze i kto nie był, niech żałuje!

druga rzecz, o której chcę powiedzieć, to aspekt sędziowania. rok temu nie sądziłam, że jest to aż tak trudne, w tym roku pojechałam zapatrzona w stos kartek, notatki, rozpisane własne wytyczne a i tak wiem, ze nic nie wiem. jeśli chce się to zrobić sumiennie to wcale nie jest tak łatwo i brakuje przynajmniej dwóch rąk, jednego mózgu i pięciu par oczu :)
pozwolę też sobie na małą dygresję – na początku swojej frizbowej przygody fukałam na usddn przyklasując innym organizacjom za brak ścisłych reguł, kategorii oceniania, nie przykładanie tak wielkiej wagi do łapalności. teraz, z perspektywy czasu i doświadczenia, które udało mi sie zdobyć (a jeszcze wieeeele przede mną), potrafię je docenić. na chwilę obecną śmiem twierdzić, ze w zasadzie niewykonalne jest rzetelne ocenianie całego występu przez jednego sędziego. to, co najpieknejsze jest we frisbee, czyli dowolność w doborze priorytetów naszych preferencji i brak możliwości zrobienia stop i przewinięcia o kilka sekund występu ;) uniemożliwia kompleksową ocenę całości. przeszkadza to najbardziej w przypadku konieczności zróżnicowania dwóch podobnych jakościowo występów czy też ocenie teamu prezentującego pewne skrajności. tak, to właśnie chciałam oficjalnie napisać :)

no dobrze, to teraz… wyleję na siebie wanne miodu z truskawkami i pistacjami – pokonałam potwora w swej głowie i jestem mistrzem! :D jak już wspominałam na początku, chciałam otrzaskać się ze stresem przedwystępowym i sprawdzić skille księcia ciemności.
pierwszą konkurencją, w której starotwaliśmy był quad – totalnie nie moja bajka, biorąc pod uwagę, że w życiu byłam na jednym! treningu pod tym kątem i od niedawna dorzucam na czwartą strefę bardziej niż mniej stabilnie. zero ciśnienia, wyjdziemy, rzucę, q złapie i będziemy świętować. taaaak… w momencie gdy zapadła decyzja o rzucaniu pod słońce wiedziałam, ze będzie marnie, ale nie sądziłam, ze aż tak… zero złapanych dysków, odpadliśmy jako pierwszy team ;] takie coś, w połączeniu z nastrojową muzką zespołu rammstein sączącą się z głośników, zamieniło mnie w zeusa ciskającego gromami. z burzą wiszącą nad głową doczekałam do rozgrzewki przed tossem, by stwierdzić, że rzucam tragicznie świetnie tj raz tragicznie, a raz swietnie, a na dodatek, o czwartej strefie moge pomarzyć, bo mam totalne zakwasy w prawym przedramieniu (w tym miejscu serdecznie pozdrawiam pkp, ciągnącego na szelkach Qsława i swoją nieumiejętność ograniczenia bagażu). tak czy siak, runda poszła całkiem spoko, zrycia czaszki nie zaobserwowałam, rzuty na trzecią strefę, niekiedy w bonusie, złapane – wynik 18 pkt, szału nie było ale wstyd też nie.
a teraz, drogie dzieci, przechodzimy do momentu kulminacyjnego i mojego źródła radości i lekkiego smutku zarazem – dzień drugi, runda druga. startowaliśmy z Q po wszystkich uczestnikach, bym mogła na spokojnie dokończyć sędziowanie. niestety, w przypadku ostatniego (czyli pierwszego, po pierwszej rundzie) zawodnika popełniłam błąd w obliczeniach, który na całe szczęscie został szybko wyłapany, jednak spowodował u mnie całkowite zgalaretowacenie wnętrza i wielkiego… w głowie :3 popląsałam po Q do namiotu, szybciutka rozgrzewka, myślowe machnięcie ręką – kuj, wszystko pójdzie w ziemię iiiiiiiii! no i nie poszło! poszło bardzo pięknie! czwarta strefa była osiągalna, trafiła się jedna piąteczka, mój mózg dryfował na różowej chmurce, a Qsław, niczym kucyk pony skaczący przez tęczowe przeszkody, namierzał zawisające frizbiacze, wybijał się z tyłu, łapał dekielka, przenosił ciężar ciała na przód i pięknie tym samym lądował – czego można chcieć więcej?! oczywiście nic nie dzieje się bez przyczyny dlatego jeszcze raz dziękuję za flagi reala ;>, ciemność nie zawodzi! schodząc z pola nie wiedziałam jak się nazywam, a łapki trzesły mi się jak osika na wietrze, ale…. daliśmy radę! dałam radę!! dawno nie byłam z siebie tak dumna!! :)))

jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale świadczy o tym, że turlanie odbywa się w odpowiednim kierunku.

bardzo dziękuję organizatorom za ponowną możliwość zbierania doświadczeń frizbowych z ciut innej perspektywy niż zwykle, za szansę na pokonanie własnego wewnętrznego potwora ;), uczestnikom za świetną zabawę i zacną rywalizację i dobrym duszom, za opiekę nade mną i Kjułiczkiem – było cudnie!